Tytuł: Kolekcja Ireneusza Dzianacha
Liczebność zbioru: 21
Okres: nieustalony
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Ireneusz Dzianach
Rodzaj: Obraz, Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

ul.Gdańskaul.Kazimierza WielkiegoNowy Świat, ławeczka na dworcu, w tle ulica Skarżyńskiegow tle ulica Polewskiego ob.MostnikaPrzy rzece Łebie, w tle zabudowania rzeźniul.PolewskiegoKoniec ulicy Majewskiego koło straży pożarnej, z widokiem na Polewskiegoulica PolewskiegoŁączka przy ulicy SkarżyńskiegoW parku ChrobregoPrzy moście kolejowym w stronę PolewskiegoW tym miejscu jest obecnie kładka dla pieszychW tle piekarnia nr 5 na PolewskiegoZe stacji Nowy Świat w stronę ulicy SkarżyńskiegoKoniec ulicy Majewskiego,w tle ulica Pionierów

W parku ChrobregoPrzy moscie kolejowym. W tle ulice Majewskiego i Polewskiego. Obecnie tu jest stacja transformatorowaW tle za rzeką rzeźnia.ul.Skarzyńskiegoul.SkarżyńskiegoRok ok.1960, Ireneusz z bratem przed kościołem NMP. Wędrowny fotograf z małpką zrobił im zdjęcie.Irek w przedszkolu ćwiczeń przy ul.KossakaPrzedszkole wojskowe przy ul.Krzywoustego.Czwarta do lewej Ula Lewin

 

 
 
Tytuł: Kolekcja Ryszarda Kowalczyka
Liczebność zbioru: 6
Okres: nieustalony
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Ryszard Kowalczyk
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

zdjęcia czekają na opisy.

 
Tytuł: Podwórka.Orzeszkowej 11
Liczebność zbioru: 8
Okres: 1961-1970
Twórca: Paweł Kłosowski
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Edward Czysz
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

rok ok.1962. Od lewej Józef Czysz,Piotr Kłosowski,Ania Kłosowska,Edek Czysz,Maria Czysz,Janka Czyszod lewej: Grazyna czajka,Mietek dąbek,Wiesław Kobierzyński,Józef Czysz,Maria Kinach,Jola Dąbek,Janka Czysz, ? Przepasnik.Niżej: Edek Czysz,Jarek Wołocznik,Tadek Miler, Roman Kinach, bogdan Labuda.Od lewej:Piotr Kłosowski,Janka Czysz, Ania Kłosowska, Wiesiek Kobierzyński, Stanisław Czajka, Maria Konach, z tyłu w czapce Cezary Rek, Mirka Kobierzyńska, Cezary Rek.Edek Czysz,Jarek Wołocznik, Piotr Kłosowski,Janka Czysz

 
Tytuł: Podwórka: Orlińskiego,Nowy Świat
Liczebność zbioru: 9
Autor: Jan Miadzielec ( pięć pierwszych zdjęć)
Okres: 1959-60
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Krystyna Nardowska,Andrzej Chroł Małgorzata Miotk-Cieśla (MMC)
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Rok 1959 -60 od lewej: NN,Zbyszek Chroł, Andrzejek Franczak,Janusz Chroł,Lila Lechończak,Wiesia Steć,Krysia Chroł,Ula Steć, Alina Mazur, Marian Miotk, Magda Miotk,Irena Pawełek,Janina MazurAndrzej,Krysia,Krzyś,Zbyszek,Janusz - rodzeństwo Chrołów.

Rok 1952 .Od lewej Renia Młodzińska,niżej Kazia Czapp, Jola Kozłowska,Ela Miotk,Waldek Stachowiak, Piotruś Czapp,Małgosia Miotk,Zdjęcie zrobione przed blokiem przy ul.M.BuczkaRok 1948.Od lewej Kazia Czapp, Piotruś Czapp,Małgosia Miotk, Ela MiotkW oknie: Sabina Łużyńska,Dorotka Łuzyńska,pani Łużynska i babcia.Niżej od lewej: Małgosia Miotk,Renia Młodzińska,Ela Miotk,na rowerze Kazia Czapp,.Stoją chłopcy Genek i Andrzej Łużyńscy. W ogrodzie pana Kellermana przy ul.Buczka. W tle budynek gdzie był sklep ( przy ul.Majewskiego), w którym sprzedawała p.Czajkowska.Niski budynek obok jest wyburzony.Dzieci to Magdzia i Marian Miotk

 

 
 
 
 
Tytuł: Wspomnienia z Malczewskiego
Liczebność zbioru: 1
Autor: Zbigniew Jasiński
Okres: 1951 70
Miejsce zdarzenia: Lębork
Rodzaj: Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

                                                                                                       

 

                                                                                                                      Wspomnienia lęborskie.

 

 

                          Urodziłem się kilka dni przed zakończeniem 1951 r. . Dwa miesiące wcześniej umarła moja babka ze strony matki. Ze zdjęcia jakie zachowało się w domu, widać przy trumnie matkę w zaawansowanej ciąży. Dziadkowie ze strony ojca zmarli lub zginęli przed zakończeniem wojny. Moi rodzice  spotkali się w Lęborku rok wcześniej. Mama pochodziła ze wsi powiatu augustowskiego, ojciec z Pustelnika pod Warszawą. Oboje po przejściach wojennych. Urodzili się w roku 1932 i kiedy można było rozpocząć edukację w szkole powszechnej jak się ją wówczas nazywało, rozpoczęła się wojna. Pierwszy działaniami wojny został dotknięty ojciec, matkę działania dotknęły również jak do Polski weszły wojska sowieckie.

                       Moje dzieciństwo w Lęborku to kilka miejsc, z których jako pierwsze pamiętam adres Malczewskiego 24. Wcześniej mieszkaliśmy na Wandy Wasilewskiej, Orlińskiego, Malczewskiego 22 w oficynie. Warunki mieszkaniowe były fatalne. Mieszkanie składało się z kuchni do której wchodziło się z korytarza wyposażonej w zlew żeliwny z zimną wodą, kuchnię węglową z piekarnikiem. Z kuchni przechodziło się do pokoju w którym później mieszkałem z rodzeństwem. Z tego pokoju przechodziło się do kolejnego w którym mieszkali rodzice, a w roku 1963 z naszą kolejną siostrą.

                     Jestem najstarszym dzieckiem moich rodziców. W dalszej kolejności na świat przyszła siostra Danuta (1953), Grażyna (1955), Bogdan (1956) i jako ostatnie dziecko siostra Jolanta (1963). W dwupiętrowym budynku na Malczewskiego 24 mieszkało w sumie 11 rodzin. Pamiętam, że były to rodziny Milkiewiczów, Grądziel, Aporius, Wojda, Jackowscy. W podwórku była jeszcze oficyna zamieszkała przez kilka rodzin. Na podwórko wjeżdżało się bramą która sąsiadowała z naszym mieszkaniem. Mieszkanie było ogrzewane piecami węglowymi. Było zimne, bowiem tylko nad sufitem mieliśmy sąsiadów, pozostałe ściany były ścianami zewnętrznymi co w sumie dawało chłód. Ciepło było w zasadzie tylko kiedy siedziało się w okolicy pieca w którym były gorące kafle. Do mieszkania należała jeszcze komórka, która znajdowała się w podwórku, oraz składzik w piwnicy pod budynkiem. W mieszkaniu nie było żadnych wygód. Ogrzewanie dwoma piecami kaflowymi. Nie było ciepłej wody, a WC znajdowało się na korytarzu pół pietra poniżej mieszkania. WC było nieogrzewane, więc korzystanie z niego zimą było dosyć utrudnione. Pamiętam, że codzienna toaleta odbywała się w kuchni w warunkach dosyć prymitywnych, które raczej trudno można sobie dzisiaj wyobrazić. Pamiętam, że wówczas kiedy rozpocząłem naukę w szkole podstawowej w soboty zacząłem chodzić do łaźni miejskiej. Łaźnia znajdowała się w piwnicy budynku przy moście nad rzeką Łebą. W łaźni były obie możliwości skorzystania z kąpieli, wyposażona była bowiem w kabiny z wanną oraz natryskiem.

                   Mama z tego co pamiętam nie miała żadnego wykształcenia, więc pracowała jako pracownik fizyczny w cegielni. Wcześniej po moich urodzinach w beczkarni w miejscu dzisiejszego Lidla i Kauflandu w okolicach dworca kolejowego również na stanowisku robotniczym. Miasto po wojnie zostało przywrócone do Polski. Wśród ludności wiele osób to repatrianci z kresów oraz wschodnich ziem polskich. Mimo iż Niemcy opuścili miasto i nie bronili go, to wojska sowieckie, które toczyły ciężkie walki o zdobycie Gdańska, Wejherowa urządziły sobie ćwiczenia strzelnicze. Na miasto wystrzelano wiele pocisków artyleryjskich, które w całości zniszczyły budynki znajdujące się wokół rynku. Zniszczono również osiedle kolejarskich domków w okolicach cmentarza. Zniszczono i spalono w całości urządzenia infrastrukturę istniejącego basenu pływackiego. W późniejszych latach kiedy rozpocząłem naukę w szkole, dowiedziałem się, że szkołą ogólnokształcąca koło szpitala została ogołocona z klamek mosiężnych. Rosyjscy sołdaci wkraczający do miasta uznali bowiem, że Niemcy nawet klamki w drzwiach i oknach mieli złote.

                    Od kiedy pamiętam mój ojciec był na rencie i pracował dorywczo. Chłopem w naszym domu była matka, która prowadziła dom i zajmowała się opieką i wychowaniem dzieci. Ja zacząłem uczęszczać do przedszkola w wieku 4 lat. Wcześniej byłem pod opieką niepracującego ojca. Moje przedszkole było w budynku narożnym po stronie budynków okołokościelnych, sąsiadowało z budynkiem parafii kościoła pod wezwaniem NMP. Pozostałe rodzeństwo było w żłobkach lub przedszkolu. Młodsza siostra i brat chodzili do żłobka przy placu Kopernika. Siostra Danuta natomiast do przedszkola koło cegielni w okolicach szkoły podstawowej nr.3. Jak na warunki lęborskie obiekty rozrzucone były w promieniu nie większym niż 2 km. Wówczas w Lęborku nie było komunikacji miejskiej. Transport odbywał się per pedes, czyli na piechotę.

                               Na zakończenie przedszkola, zostałem wyfasowany w tornister z przyborami szkolnymi. Tornister jak pamiętam był z tektury pomalowanej brązową farbą i polakierowany. Piórnik drewniany a kilkoma kredkami oraz gumką do wycierania. Naukę w szkole podstawowej rozpocząłem w szkole nr. 6. W drugiej klasie przeniesiono mnie do szkoły numer 4, z krótkim epizodem w szkole nr. 3. Jednak szkołę podstawową ukończyłem w 4 rce. Zakończenie szkoły podstawowej wiąże się z epizodem związanym z moim imieniem. Do tej pory wszystkie świadectwa łącznie z tym kończącym 7 klasę, wówczas nauka w szkołach podstawowych kończyła się w 7 klasie, ja jestem ostatnim rocznikiem, później było już 8 klas. Więc czasami śmiejemy się, że mam wykształcenie wyższe z niepełnym podstawowym bo tylko 7 klas. Wracając do epizodu, składając dokumenty do szkoły średniej zobowiązani byliśmy do dostarczenia wypisu z aktu urodzenia. Poszedłem więc do UC w Lęborku po stosowny dokument. Podałem datę urodzenia, imiona rodziców, swoje imię i zostałem odesłany do domu bez metryki. Przekazałem mamie informację jaka mnie dotknęła, po czym mama poinformowała mnie, że ojciec mógł dać mi na imię Euzebiusz. Poszedłem ponownie do UC i okazało się, że nie jestem Zbyszek jak informują wszystkie posiadane świadectwa, lecz Euzebiusz.

                           Okres szkoły podstawowej to sporo wspomnień. Niektóre wesołe, inne smutne. Moja rodzina nie należała do elit społecznych miasta. Więc nie można było liczyć na wyrozumiałe traktowanie, nauczycieli, wychowawców lub innych uczniów o wyższym statusie. O swoje prawa i równość społeczną trzeba było walczyć. Dotyczyło to stopni za odpowiedzi. Miałem odwagę wykłócać się z nauczycielami o właściwe oceny za odpowiedzi, sprawdziany, klasówki. Nie tylko w swoim imieniu. Pamiętam, że dzieci z wyższym statusem były traktowane znacznie lepiej niż pozostałe. Trudno było również z tymi dzieciakami nawiązać bliższe stosunki. Nosiły nosy równie wysoko jak ich rodzice. Lębork w czasach kiedy ja uczęszczałem do szkoły podstawowej, miał ich cztery, nie liczę szkoły nr. 3 która traktowana była jako szkołą specjalistyczna. Podział uwzględniał raczej kierunki geograficzne miasta. Jako, że szkoła nr 6. nie posiadała sali gimnastycznej, korzystała z sali szkoły nr 4. Podobnie dotyczyło to również boiska do piłki ręcznej i infrastruktury lekkoatletycznej.

                      W mieście znajdowały się dwie świetne szkoły średnie. Dwa piękne obiekty, właściwie zespoły szkolne. Jednym z nich w czasie kiedy mieszkałem w Lęborku, było Liceum Pedagogiczne, które posiadało zespół kilku budynków edukacyjnych, wielką aulę w której odbywały się zawody sportowe. W szkole była również sala z boiskiem do siatkówki i koszykówki. Przy tej szkole był również stadion sportowy z bieżnią, skoczniami, boiskiem do piłki ręcznej. Na boiskach w tym zespole szkół trenowała młodzież z Lęborka, ale również sportowcy regionu gdańskiego. W czasie rozmów z kolegą z pracy, dowiedziałem się, że on kiedy biegał na średnich dystansach i trenował w Gdańsku, w czasie wakacji przyjeżdżał do Lęborka aby trenować formę. Druga szkołą to Ogólniak koło szpitala, z którego boiska korzystała  drużyna piłkarska Pogoni Lębork.  Po awansie do 3 ligi, wybudowano boisko sportowe pod lasem w pobliżu jednostki wojskowej przy ulicy Sportowej.

W trakcie nauki w szkole podstawowej młodzież mogła trenować sport w sekcji SKS. Uprawiano lekkoatletykę oraz dyscypliny zespołowe, z dużym naciskiem na piłkę ręczną i siatkówkę. Piłka nożna to już była domena Pogoni. Nauczycielem wychowania fizycznego był wspaniały człowiek p. Gajewski.

Sekcja sportowa SKS to nie tylko zajęcia sportowe, lecz również obowiązki. Uczniowie należący do sekcji SKS musieli uczestniczyć w wielu wydarzeniach miasta jakie się wówczas odbywały. A to uroczystości 1-go maja, a to inne święta państwowe, uroczystości szkolne. Tradycją były wówczas parady, przemarsze przez miasto. Do naszych koszulek sportowych przyczepiane były wówczas czerwone okrągłe emblematy z wyhaftowanym napisem SKS. Z pewnością dla wielu z nas była to duma. Były również takie momenty kiedy musieliśmy w tych koszulkach uczestniczyć nawet wówczas kiedy było bardzo zimno. No cóż, ówczesne władze planowały wszystko, pogody jednak nie potrafiły. Ze stratą dla mnie i moich kolegów, którzy trzęśliśmy się z zimna.

Zabawy dzieci odbywały się w zasadzie na podwórkach lub na pobliskich łąkach. Większość z nich to bieganie, skakanie przez rowy i płoty. O prawdziwej piłce można było wówczas pomarzyć. Biegaliśmy za obręczą koła roweru z którego usuwano szprychy. Wyginano z drutu metalowy pałąk i biegano po podwórkach, czasami między tyczkami. Kolejnym wydarzeniem były zabawy z puszkami z karbidem, było głośno. Czasami niebezpiecznie. Znane nam były również zabawy z kluczem który wypełniało się draską zapałek i uderzało o ścianę. Rozsypywanie magnezji i podpalanie pod drzwiami do których wcześniej pukało się do mieszkania sąsiadów. Jeździliśmy na łyżwach po rowach na łąkach, łyżwy były przypinane na motylki do butów. Były sanki, czasami gdzieś w piwnicach znalazło się poniemieckie narty z wiązaniami kandahara, które raczej były przeznaczone do biegania.

Latem po zajęciach szkolnych były zajęcia na łąkach i podwórkach. Czasami udało się wejść na ogródek jordanowski na sąsiedniej ulicy, ale tam rządzili starsi koledzy, którzy pilnowali aby gówniarze im nie przeszkadzali. Miasto raczej nie dbało o zabezpieczenie czasu wolnego dzieci i młodzieży. Pamiętam, że w roku 1958 wybudowano na sąsiedniej działce obok naszego domu budynek, który miał pełnić rolę obiektu kulturalno oświatowego. Przez jakiś czas był nawet opiekun. Sala była dosyć duża, były w niej stoliki z krzesłami, można było odrabiać lekcje, cos tam rysować, malować. Żadnej rewelacji nie było, pomieszczenie ogrzewane piecem węglowym.

Latem czas wolny to łąki, czasami ogrody gdzie były drzewa owocowe. Nie ukrywam, że czasami wpadliśmy na pomysł zdobycia owoców do jedzenia. Wyprawialiśmy się wówczas na ogrody działkowe mieszkańców, a nawet do sióstr zakonnych, które miały piękny ogród z dużą ilością drzew owocowych. Czasami do p. Gniedziejki, który uprawiał warzywa i owoce. Z uwagi na warunki jakie mieliśmy w domach, były wyprawy po jagody i grzyby do lasu. Wyprawy po jagody to również kilometry spacerów oraz dźwiganie urobku. Jeżeli któreś z dzieci miało rower, to miało dużą przewagę nad pozostałymi. Zdecydowana większość dzieci chodziła pieszo. Ja pierwszy rower dostałem od ojca w drugiej klasie szkoły podstawowej. Kupił go ojciec za gotówkę, wcześniej bowiem sprzedał jakąś działkę.

Wypoczynek letni, wakacje to raczej walka o jedzenie, zbieranie jagód. Karmienie zwierząt. Mieliśmy bowiem króliki, a nawet mama chowała w komórce świnię. Dla której trzeba było przywieźć karmę w postaci odpadków z kuchni w szkole czy z restauracji. Rower który kupił mi ojciec świetnie się do tego nadawał, bowiem nie miał bym siły udźwignąć 20 litrowej bańki. Stawiając na pedale mogłem ją dowieźć do domu. Zabicie świni w miejscowej rzeźni było wydarzeniem oraz okazją do uczty. Mama przerabiała pozyskane mięso i przez kilka miesięcy mieliśmy co jeść. Podobnie było z królikami, dla których trzeba było zdobywać pokarm.

Wakacje wyjazdowe. Skłamałbym gdybym powiedział, że ich nie było. Pierwsza moja podróż to wyprawa z mamy bratem pod Augustów do dziadka, pojechaliśmy pociągiem. Miałem wówczas 5 lat. W drugiej klasie szkoły podstawowej pojechałem na kolonie letnie do Ustrzyk Dolnych. Później w piątej klasie byłem na obozie harcerskim w Stilo, ale z uwagi na niewłaściwe sprawowanie skrócono mi pobyt. Pamiętam, że w ramach tego obozu harcerskiego zrobiona nam raczej obóz pracy. Bowiem co tylko wpadło do roboty w trakcie obozu, wzywano harcerzy. Nosiliśmy worki z kartoflami, marchewką, inne produkty. Obieraliśmy również te produkty. Kilka razy dziennie chodziliśmy na stołówkę i do pracy. W nocy robiono nam alarmy. Rozumiem, że wychowawcy mieli ubaw, chcieli się rozerwać, integrować, ale nie kosztem dzieci. Okazało się, że uwaga, że nie jesteśmy w obozie pracy przymusowej spowodowała natychmiastową konieczność odbioru mnie przez rodziców do domu. Więcej już takich przyjemności nie miałem. Pozostałe wakacje spędzałem w pracy. 

Oczywiście jak większość dzieci mieliśmy również inne obowiązki. Opieka młodszym rodzeństwem to podstawa. Większość dzieci nie chciała się opiekować młodszym rodzeństwem, ograniczało to bowiem ich czas wolny, a także powodowało dużą odpowiedzialność. Następnie kuchnie i piece węglowe. Przyniesienie drewna na rozpałkę, wcześniej rozdrobnienie. Przyniesienie węgla lub brykietów do palenia. Wyniesienie popiołu. Przy domu był ogród warzywny i drzewa owocowe. Ale wiązało się to również z koniecznością uprawy. Kopanie grządek, pielenie, podlewanie, a w końcu zbieranie plonów. My mieliśmy jeszcze dodatkowy ogródek w pobliżu domu brata mamy. Więc na brak pracy nie narzekaliśmy. Ale cóż, w tym czasie nie było telefonów komórkowych, laptopów, gier komputerowych. Większą część czasu spędzaliśmy na podwórkach. Do domu wracaliśmy kiedy było ciemno.

Zabawy podrostków to wspomnienia równie nieciekawe co niebezpieczne. Były petardy, łuki, strzały z procy, strzały z klucza, strzały z puszek wypełnionych karbidem. Zbieranie granatów i niewybuchów w lasach, wejście na strzelnicę wojskową w celu zdobycia nabojów pistoletowych czy karabinowych. Ogólnie rzecz biorąc chodziliśmy w bardzo niebezpieczne miejsca. Wojna w Indian i strzelanie z łuku skończyło się przykrym wypadkiem jednego z kolegów, który został postrzelony z łuku w oko. Skaleczenia, rozerwanie ciała po przejściu płotów, ogrodzeń s drutu kolczastego to sprawy codzienne. Nikt się tym nie przejmował, nikt nie był szczepiony przeciw tężcowi.

W okresie letnim w zasadzie większą część wolnego czasu spędzaliśmy nad wodą, której w okolicy nie brakowało. Ato rowy na łąkach, a to stawy na terenie cegielni po wybranej glinie, rzeka Łeba oraz jezioro Lubowidz. Na plaże do Łeby to była wyprawa i nie każdego było stać. W tamtym czasie wejście na plaże było płatne. Pływaliśmy więc w tych zbiornikach wodnych znajdujących się niedaleko domu, czasami udało się na jakimś kajaku. Przed wojną w Lęborku był piękny basen z trampolinami z drewna jesionowego. Ale po wojnie rozkradli go Rosjanie i mieszkańcy, którzy co mogli to przepuścili przez piece w celu ogrzania mieszkań. Basen był śmietnikiem miejskim, do którego okoliczni mieszkańcy wrzucali zbędne przedmioty, niepotrzebne wyposażenie domu. Próba kąpieli kończyła się śmiercią lub kalectwem.

 Zbyszek  Jasiński

 

Tytuł: Podwórka.Orlińskiego
Liczebność zbioru: 5
Okres: 1951-1960
Okres: 1955
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Małgorzata Miotk -Ciesla
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

 

 

 

 

dzieci z ulicy Orlińskiego, rok1955,na schodach pod blokiem nr 1. Od lewej Sabina Łużyńska, Dorotka Ł, Andrzej Ł ,Andrzej Miotk, Magda Miotk,  Małgosia M, Renia Młodzińska, Genek Łużyński, Ela Miotk, Irenka StećRok 1952 .Od lewej Renia Młodzińska,niżej Kazia Czapp, Jola Kozłowska,Ela Miotk,Waldek Stachowiak, Piotruś Czapp,Małgosia Miotk,Zdjęcie zrobione przed blokiem przy ul.M.BuczkaRok 1948.Od lewej Kazia Czapp, Piotruś Czapp,Małgosia Miotk, Ela MiotkW oknie: Sabina Łużyńska,Dorotka Łuzyńska,pani Łużynska i babcia.Niżej od lewej: Małgosia Miotk,Renia Młodzińska,Ela Miotk,na rowerze Kazia Czapp,.Stoją chłopcy Genek i Andrzej Łużyńscy. W ogrodzie pana Kellermana przy ul.Buczka. W tle budynek gdzie był sklep ( przy ul.Majewskiego), w którym sprzedawała p.Czajkowska.Niski budynek obok jest wyburzony.Dzieci to Magdzia i Marian Miotk

 
 
 
 
 
Tytuł: Staromiejska we wspomnieniach p.Małgorzaty Miotk-Cieśli.
Liczebność zbioru: 1
Autor: Małgorzata Miotk - Cieśla
Okres: 1945 - 1985
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Małgorzata Miotk -Cieśla
Rodzaj: Obraz, Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

Spacerkiem po ulicy Staromiejskiej w Lęborku

 

10 marca 1945 roku, Lębork odczuł boleśnie skutki wojny – szczególnie centrum miasta. Po wojnie częściowo miasto uporządkowano i odbudowano.

 Przy Placu Pokoju można odpocząć i podziwiać fontanny i spoglądać na 100 – letni budynek Apteki „Pod Lwem”. Długo pracował tam p. mgr. Farmacji Kazimierz Gajdzinus. Szkoda, że tej Apteki już nie ma, tylko punkt gastronomiczny.

Jak można zauważyć uliczki są tak powiązane i zespolone, jakby wstęgą, z obiektami i dzielnicami. Miłośnicy historii mogą podziwiać budowle z gotyckiej cegły, kamieniczki mieszczańskie na ul. Staromiejskiej. Przed wojną miała nazwę Stolpel– Strase, od roku 1945 – Słupska, następnie ul. Bieruta, a obecnie Staromiejska, i to jest odpowiednia nazwa tej ulicy. Na miejscu ubytków w ciągłości zabudowy uzupełniono budynki zachowując styl architektoniczny. Duża zasługa jest w tym wieloletniego architekta Lęborka. p. Jerzego Actuna, który na podstawie zdjęć i odpowiedniej dokumentacji zaprojektował wtopnienia nowych obiektów.

 Sięgając pamięcią przypominam sobie dawniejsze sklepy, sklepiki na tej ulicy. Obok Apteki „Pod Lwem”  był sklep rybny – sprzedawał tam krewny moich sąsiadów. Czasem opowiadał o tragicznych losach, jakich doznała ludność Polska przez Ukraińców podczas wojny. Sprzedawała też w tym sklepie pani Ruckeman (nauczycielka) póki nie otrzymała pracy w szkole. Tuż  przy tym sklepie był mały sklepik należących do państwa Delorm i pani Ochińskiej, gdzie była bielizna szyta na miarę i konfekcja, jak koszule męskie, biustonosze, gorsety itp. Obecnie na tym miejscu stoi klockowa budowla „Jantar”.

W głębi był mały domek ,który w czasie wojny,  służył jako Salon Fryzjerski Pani Petchel. Pracowała w tym Salonie również fryzjerka p. Anna Bąkowska. Po wojnie był to „Zakład Usługowy Bednarski” – tu lutowano bańki, kanki, garnki i inne przedmioty.

Po latach pozostały fragmentaryczne wspomnienia. Przy Aptece przyklejony był sklep wielobranżowy z działami jak: obuwniczy, z materiałami, odzieżą i pasmanterią. Ekspedientkami były p. Gizela Warner, p. Helena Harasin, p. Zielke i inne. Nazywano go  sklepem wiejskim. Był tu też długi zielony stragan drewniany – handlowano warzywami, owocami, a później przekształcono na dziewiarsko-pasmanteryjny.

Blisko stał też kiosk „ Ruch” –  obecnie jest tam Zakład Fotograficzny p. Klimka.

 Od nr 41 – gdzie obecnie jest Zakład Zegarmistrza i Optyka Pana R. Ciszewskiego, dalej  był taki sklep „1001 drobiazgów gospodarstwa domowego”. Kierownikiem tego sklepu był p. Stefaniak. Pod numerem 39 mieści się niezapomniany sklep Pani Belau i Pani Grodzkiej – lęborczanie znali i lubili ten cudowny sklepik. Kupowano tam wszelkie ozdoby, parasolki, torebki, buty, płaszcze ortalionowe itp. Można było się ubrać na każdą okazję. Dzisiaj jest punkt „PLAY”. Przy  okazji Świąt Bożego Narodzenia  podziwiano świąteczne makiety w oknach wystawowych. Podłączone mechanicznie postacie bajkowe poruszały się: Mikołaje, dzieci zjeżdżające na saneczkach, bałwanek i domek ośnieżony watą z kolorowymi migającymi światełkami i prezenty pod choinką. Dekoratorzy wprowadzali w nastrój świąteczny i świat fantazji – szczególnie dla dzieci, były to niezapomniane uroki.

 W tym ciągu kamienic dalej były sklepy z materiałami – ekspedientkami były p. Bukowska i p. Moskal. Pod numerem 35 – pamiętamy słynną drogerię państwa Wiśniewskich. Pani Wiśniewska zawsze uśmiechnięta i sympatyczna – doradzała jakie specyfiki są odpowiednie na uciążliwą dolegliwość i kosmetyki do odpowiedniej cery i urody. W miejscu, gdzie teraz jest Eldom ,  był  „Klub Książki i Prasy „Ruch” – można było wypić kawę i poczytać prasę. Ciągnęły się sklepy jeden przy drugim masarniczy pod Nr 34 – gdzie pracował Pan Marian Z. – dalej piekarnia „Społem” i elektryczny sklep „Eldom”. Był też sklep sportowy - z lalkami, zabawkami, sprzętem wędkarskim i sportowym. W miejscu tego sklepu powstał  piętrowy. Pod nr 22 z  porcelaną i kryształami – sklep prowadziła p. Binkiewicz – nazywaliśmy ją Panią z Kolczykami.

 Obecny sklep „BIG – STAR”, a kiedyś mieściła się „Drogeria” – kosmetyczno – chemiczna – pracowali tam Państwo Chmielińscy, p. Teresa Chyłek, p. Teresa Szczutowska i p. T. Czyż. W tym miejscu gdzie mieści się kancelaria prawnicza „CREDIT – AGRICOLE”, były sklepiki małe, wąskie z cukierkami kolorowymi, lizakami, dropsami. Cukierki były nieco inne niż dzisiejsze. Do tych sklepików dostarczali swój towar cukiernicy p. Dering i p. Ramczyk, którzy mieli swoją wytwórnię cukierków w budynku przy ul. Fornalskiej,( dzisiejsza Franciszkańska), koło kościoła św. Jakuba Apostoła. Obok cukierenek był sklep nabiałowy i wąski sklepik masarniczy. Potem w miejscu tych sklepów był Bar „Bistro”, w którym pracowały p. Gertner, p. Dzida, p. Bania. Zakłady pracy swoim pracownikom z funduszu socjalnego fundowały bony żywnościowe i w tym „Barze” – konsumowano posiłki (obiady). Na jakiś czas ten obiekt przyjęli w ajencję Państwo Domkowie, była masarnia z własnymi wyrobami wędliniarskimi i sklep . Tuż obok stoi okazała budowla – to Piekarnia i Ciastkarnia renomowanego piekarza p. Franciszka Wenty – ojciec przekazał prowadzenie piekarni synom Brunowi i Markowi. Można tam kupić smaczne pieczywo, wyroby ciastkarskie i zjeść smaczne kolorowe lody.

 Często wspominamy z siostrą pierwszy sklep delikatesowy w latach 1958 – 1959-1960 pani Generał – później w tym pomieszczeniu był sklep obuwniczy, prowadzili go pp. Natalicze, w tym sklepie sprzedawano tez telewizory i sprzęt audiowizualny.

 Rzeka Łeba dzieli ul. Staromiejską a przy moście handlują lęborskie działkowe handlarki. Przy rógu ul. Staromiejskiej i ul. Targowej – były sklepiki narożne braci Boss – były w nich warzywa – owoce, kiszona kapusta, ogórki, przyprawy i różne słodycze. Po tej samej stronie Zakład Szycia Czapek – właścicielami byli p. Watrakiewiczowie. W tym samym miejscu mieścił się Punkt Repasacji pończoch nylonowych (podnoszenia oczek). Parę metrów dalej mieściły się biura „Samopomoc – Chłopska” i skup rolniczo – gospodarczy: tu przyjeżdżali wozami gospodarze, sprzedawali swoje towary i otrzymywali talony. Obok stał „Ruch” – Kiosk – sprzedawała p. Przybyłowa. Zasypana została rzeka Okalica o nieprzyjemnym zapachu. Dalej po tej stronie Pawilon Książki – Księgarnia. Maleńka kwiaciarnia p. Stacherów. Sklep warzywno – owocowy pp. Gniedziejków oraz maleńki „Koktajl Bar”. Dzisiaj są nowoczesne sklepy z wymyślnymi nazwami. Restauracja „APIS” – powstały też inne obiekty, często się przeobrażowują. Po drugiej stronie ulicy, gdzie kiedyś stała wielka agawa  i PKO. Pod Nr 16 był Zakład Kamieniarski Pana Augustyniaka – zamawiano tam pomniki. Była też jadłodajnia „MUSZELKA” – goście konsumując, zachwalali posiłki – były bardzo smaczne, przyrządzone przez panie kucharki, gdzie kierowniczką była wówczas Pani Celekińska.W latach 80-tych ajentami tego lokalu byli Państwo Domkowie.

W głębi podwórka między numerami 16-15, była Kuźnia p. Czaplewskich. Pod Nr 14 mieścił się Zakład Fryzjerski Damsko – Męski – prowadzony przez małżeństwo A i F Bąkowskich, gdy przeszli na emeryturę prowadziła Salon Fryzjerski p. Stefcia Janke. Pod numerem 12-13 był sklep z zabawkami „Jaś i Małgosia” i sklep pasmanteryjny z bielizną  trykotową i pończochami. Pamiętam p. Fierkę, Laskowską, Dobę i Ossowską, ekspedientki doradzały przy zakupach.

 Pod Nr 11-12 Zakład Szklarski p. Kujaczyńskiego, który zamieszkiwał na ul. Majewskiego. Na parterze tego budynku był zegarmistrz, w oknie tego zakładu zegar wskazywał dokładne  godziny. Mieszkali tam Państwo Dzieciniak, syn Adam był aktorem w Teatrze Lalek „Tęcza”. Za mostem nad rzeką Łebą, była stolarnia, której kierownikiem był Pan Grzebyta w latach 60-tych. Na miejscu tej stolarni i ogrodu z drzewami owocowymi, był to teren duży, powstały bloki ul. A. Krajowej 13a, 13b, 13c. Tuż przy ulicy była „Cepelia”. Obecnie stoi duży piękny obiekt – dom nr 7. Na ul. Staromiejskiej była kwiaciarnia „Orchidea” w piwnicy a nad kwiaciarnią Sklep Motorniczy, gdzie można było kupić rowery i motocykle oraz inne sprzęty. Sklep- kwiaciarnia „Orchidea”, został przeniesiony do narożnego budynku przy 6, prowadzony jest przez panią Joasię Tuniewicz. W tej kwiaciarni Joasi, był kiedyś sklep warzywny, w którym sprzedawała p. Puchacz. Pod Nr 6 była piekarnia- w 1945r własnością p. Dampc, następnie piekarnię przejął p. Franciszek Wenta – ekspedientkami były Małgosia Hoppe, p. J. Kobierzyńska i p. Wetta.

 Pod Nr 5 znajdował się sklep obuwniczy „Ba-ta”. Obok w latach 80 p. Czapla prowadziła „Pizzerię”. Od lat pamiętnych istniał i istnieje sklep spożywczy – nazywaliśmy ten sklep „U Flaka – pod Ósemką” a dalej był sklep z lustrami. Znałam osoby, które tam sprzedawały. Róg Staromiejskiej i ul. Reja,tu mieścił się przed wojną sklep meblarski Pana Kocha. Po wojnie sklep z książkami i artykułami papierniczymi. Na pierwszym piętrze był Zakład Fotograficzny Pana Nalepy. Naprzeciw stoi sklep tzw. skórzany, gdzie można kupić torby, walizeczki, rękawiczki, kurtki skórzane, a kiedyś i futra. Na pierwszym piętrze Pan Paździora naprawiał radia, telewizory. Dalej jest Restauracja, Banki, Sklep Obuwniczy i Pizzeria „Oliwka”, Kantor - to wszystko jest nowe Odpoczywając na ławeczce podziwiam fontannę z żabkami – szczególnie zainteresowani żabkami są dzieci.

 Każdy okres ma swoją historię.

Na wspomnianych miejscach są już nowe obiekty. Kolorowa i ciekawa jest nasza „Starówka” i ma swoją elegancję. Włodarze dbają o nasze miasto, które dynamicznie się rozwija. Każdy może znaleźć coś ciekawego dla siebie, historycy, turyści i zwykli lęborczanie. Z okazji imprez okolicznościowych np. „Dni Jakubowych”, na ul. Staromiejskiej są ustawione ciekawe stoiska ze starociami i stragany z różnościami. Są  też wypieki i smakołyki jak: „laska Jakuba”, „tarcza Nipkowa”, desery z lodów w kolorach Lęborka. Spotkanie z gościnnymi ze świata -zespołami tanecznymi i muzycznymi w strojach ludowych i regionalnych, także w strojach kaszubskich z „Zrzeszenia Kaszubskiego”.

Taka to jest ulica…

Tytuł: Wspomnienia z ulicy Orlińskiego
Liczebność zbioru: 1
Autor: Małgorzata Miotk - Cieśla
Okres: 1945- 70
Twórca: Małgorzata Miotk - Cieśla
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Małgorzata Miotk -Ciesla
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

Opis ulicy Orlińskiego z mojego dzieciństwa

 

                       W styczniu 1946 r. wraz z rodzicami i malutką siostrą Elą, zamieszkaliśmy przy ul. Orlińskiego 1/4. Zimą padał śnieg i był mróz. Mamusia z panią Czapp, przewoziły nasze meble na dużych saniach  do nowego mieszkania, na które rodzice otrzymali meldunek. Mieszkanie różniło się od poprzedniego z ul. Konopnickiej 5, w którym się urodziłam. Tu była łazienka, wanna, bojler gazowy na ciepłą wodę, sanitariaty, kuchnia z piecykiem na gaz i na węgiel, przedpokój i dwa pokoje. Blok miał dwa piętra, parter i pierwsze piętro (mieszkalne), drugie piętro – to strych do suszenia bielizny. Każdy z lokatorów miał stryszek i pokoik kawalerski. W korytarzu na strychu stała duża drabina, skrzynia z piaskiem, bosak i flaga biało-czerwona. Klatka schodowa była niezniszczona – z zieloną lamperią. W piwnicy była pralnia z piecem i kotłem do gotowania bielizny. Stała tam również pękata beczka z wodą. Z relacji rodziców dowiedziałam się, że niektóre piwnice służyły jako schrony w czasie nalotów podczas wojny i były bardzo zaśmiecone – więc należało je oczyścić. Piwnice miały na zewnątrz stalowe zasuwane okiennice. Przed klatką schodową wisiała lampa z białymi szybkami, a przy drzwiach wejściowych były dzwonki do każdego lokalu, coś w rodzaju domofonów. Drzwi wejściowe były solidne i każdy z mieszkańców miał klucz. To był prawdziwy luksus.

          Obok domu znajdowało się duże podwórko  z terenem zielonym, na którym stały dwa wysokie maszty, a na zielonej trawie rosły krzaki dzikich róż. Każdy blok był ogrodzony niziutkim płotkiem z paradną furteczką. Ulica Orlińskiego była wysadzona topolami. Drzewa te były smukłe i szumiące, w listkach zaś kryły się chrabąszcze. Od strony ul. Buczka była brama wjazdowa naprzeciw ogrodnictwa państwa Zawadzkich. Chodziliśmy tam kupować bratki i warzywa. Przed każdym blokiem był chodnik wyłożony płytkami i wykończony obrzeżami – o dziwo nie zapadał się. Bloki były piękne, z szarą elewacją i czerwonymi dachówkami. Z drugiej strony bloku, od strony piwnicy, był ganek zielony ze schodkami. Była to droga ewakuacyjna. Każdy z lokatorów miał malutki ogródek na kwiaty i warzywa, takie jak pietruszka, koper, chrzan, mięta, floksy i lisie ogony. Należy przyznać, że Niemcy byli dobrymi gospodarzami – przemyślana konstrukcja i architektura. Nic nie było z przypadku. Był też piękny widok na zielone, kwieciste łąki, rowy przejrzyste. Na łące pasły się krowy, konie, kozy i stadko gęsi. Po trawie skakały zielone żabki, a w wodzie pełzały pijawki. Na łące były zloty ptaków, bocianów, jaskółek i wron. Rosły też krzewy głogu, na które siadały zimą gile i jemiołuszki. Łąka była dla nas prawdziwą OAZĄ do zabaw, zbierania kwiatów, obserwacji, opalania się, a zimą ślizgawką, gdzie największą przyjemnością była jazda sankami z górki. Wokół płotków rosły roślinki, niektórych nazw nie poznałam. Była pokrzywa biała i parząca, jaskółcze ziele, babka lancetowa, mlecz żółty, późniejsze dmuchawce, szczaw, boży chlebek, serduszka maleńkie, które też próbowałyśmy – to była prawdziwa ekologia. Między blokami a łąką wisiała lampka na przewodzie elektrycznym. Wieczorem świeciła, a podczas wiatru żarówka się kiwała, rozjaśniając całe podwórko. Jako dziecko miałam dobrą spostrzegawczość i pamięć wzrokową. Pamiętam z nazwisk i wyglądu pierwszych sąsiadów, którzy zamieszkiwali przed nami po wojnie a później się wyprowadzili. Wszyscy twierdzili, że są z Łodzi, Warszawy, jedni przed drugimi uciekali i wyjeżdżali – byli nieufni. Ci z Łodzi mieli sklepiki na Złotym Rogu – był tam sklep spożywczy, warzywny.

             Pamiętam: Pan, który zamieszkał przed nami w latach1945–1946 w naszym mieszkaniu, był wojskowym. Zgromadził dużo obrazów w pozłacanych ramach, były też inne rzeczy, które zabrał i wyprowadził się do Słupska. Niektórzy lokatorzy w tych latach, zajmowali po dwa lokale mieszkalne, widocznie rezerwowali je  dla swoich rodzin. Na piętrze mieszkali państwo B. Szybko się jednak wyprowadzili, gdy milicja zajęła się dochodzeniem w sprawie włamań do piwnic i znikającymi żarówkami z klatki schodowej.

         Na parterze 1/1 mieszkali sympatyczni państwo Milińscy z córeczką Izą i psem bokserem Rolfem. Ten pan miał hobby – hodował gołębie w pokojowym kredensie. Wyjechali do Warszawy, zaś pożegnanie było smutne. W środkowym mieszkaniu 2/3 mieszkali państwo Mierniccy z babcią i synem Wojtkiem. Czuli się tu niepewnie, tak jakby kogoś lub czegoś się bali. W końcu wyjechali. Potem wprowadzili się następni: państwo Aftanasowie, Dąbrowscy, Stanisławczykowie, Dołowiczowie, Bogutynowie. Sąsiedzi byli różni, jedni spokojni, drudzy kłótliwi i złośliwi. Pan Aleksander – kawaler brunet, ożenił się z panią Zosią i miał czwórkę dzieci: Tadzia, Henia, Romka i Tereskę. Pani Zosia była krawcową, szyła sukienki sąsiadkom, kolorowe szmatki podrzucała dziewczynkom, które bawiły się lalkami. Ośmielam się wspomnieć i wymienić z szacunkiem nazwisko państwa Bogutynów. Oni bardzo polubili mojego brata Mariana, który jako dziecko, często u nich przebywał. Ci państwo  – Aniela, Marian i Mirosława (ich córka), zamieszkali na parterze 1/3. Pani Aniela poważna, dostojna, mgr pedagog, psycholog i metodyk wychowania przedszkolnego. Uczyła od 1948 roku, początkowo w Seminarium Nauczycielskim LWP (3 letnie), potem LWP (4 letnie) i LPWP (5 letnie) i na SN – była też kierownikiem praktyk pedagogicznych wychowania przedszkolnego. Zapisała mnie i siostrę w 1948 roku do Przedszkola Ćwiczeń, które mieściło się w gmachu Liceum Pedagogicznego (koło sali kinowej).                     Na parterze kształciły się przyszłe wychowawczynie przedszkoli. Był to rok 1948 – 1949. Jako pedagog obserwowała dzieci na podwórku i o każdym miała wyrobioną opinię. Ze stoickim spokojem tłumaczyła: „Nie należy dzieci karać, życie samo ukarze i uczy...”. Pan Marian Bogutyn, wysoki mężczyzna, charakterystyczny z wyglądu, miał łysinę – w tych czasach był na indeksie, bo służył w wojsku Andersa i AK. Pokazywał nam zdjęcia z Monte Casino oraz z Iraku. Nie pracował, toteż nudził się. Często, odwiedzał sąsiadów, chciał być użyteczny. Dzieci i mieszkania przypilnował, lekcje z dziećmi odrabiał, książki wypożyczał do czytania. Chciał dzieci nauczyć płynnego czytania z książki J. Spyri pt.: „Kornelia” i matematyki, ale to mu się nie udało. Ich córka Mirka, jedynaczka – mądra i ładna umiała się pięknie śmiać. Gdy była studentką, moją siostrę Elę, często zabierała na spacery do znajomych. Nieraz bywało, że z rodzicami spędzali wspólnie wigilię Bożego Narodzenia. To była niepowtarzalna atmosfera. Pani Aniela przygotowywała potrawy wschodnie (kutię i makiełki). Każdy z sąsiadów miał swoje tradycje i niezapomniane potrawy na stworzenie nastroju świątecznego.

                Wdowa Pani Regina A. miała trójkę dzieci. Bardzo trudno było utrzymać rodzinę i wykształcić córki Irenę i Olę. Pan Dąbrowski często się do dzieci uśmiechał i miał takie piękne zadbane zęby – przewoził chłopców samochodem, które na tę okazję wyczekiwały – to była prawdziwa frajda. Pewnego popołudnia przywiózł sobie na motorze młodziutką panią Tereskę z długim warkoczem, ożenił się i wszystko się skończyło.

             Pod numerem 1/6 mieszkała pani Maria Dołowicz – pracowała w służbie zdrowia. Córka tych państwa była lekarzem internistą – to pani Alina Listopad, która wyjechała z córkami do Wrocławia. Pani Maria miała duszę artystyczną – malowała obrazy, wykonywała różne przedmioty jak: laleczki, maseczki i buty. Pani A. Listopad często przyjeżdżała do Lęborka na groby swoich rodziców – odwiedzała ul. Orlińskiego i sąsiadów – zatrzymywała się u nas na nocleg i gościnę. Bywali też inni goście, drzwi zawsze były otwarte. Mamusia była bardzo gościnna, przyjazna i uczynna. W drugim wejściu 1a mieszkała pani Genia Mazur i jej córki: Irena, Janeczka i Alina – szczera, dzieliła się wszystkim co miała. Latem przygotowała lody śmietankowe dla dzieci z podwórka, co dla łasuchów było wyjątkowym przysmakiem. Przed świętami wędziliśmy wspólnie na podwórku w beczce mięso i kiełbasy. Jej mąż wypożyczał rower chłopcom na wycieczki i przynosił obręcze z rowerów do zabaw w koło. Państwo Morowieccy byli bezdzietni – on żartowniś, ślusarz w Lęborku jedyny, który potrafił otwierać sejfy i kasy pancerne. Miał własny warsztat ślusarski przy ul. Curie Skłodowskiej. Pani Lucyna Morowiecka, zaś zgrabna i modnisia. Mieli psa wilczura Norę – to było wierne psisko.

                  Na piętrze mieszkali Państwo Kozłowscy – dumni ze swoich synów wojskowych oficerów, Hieronima i Juliusza oraz Joli (nauczycielki). Państwo Ziemiańscy mieszkali z nami przez ścianę, dystyngowani i kulturalni. Latem rodzina przyjeżdżała z Wrocławia do dziadków. Podczas wakacji, rodziny się odwiedzały i przyjeżdżali wypocząć nad morzem z Warszawy, Poznania, Jędrzejowa. Małżeństwo Kowalscy ciągle wędrowali – nazywali ich wędrowniczkami. Byli też sąsiedzi o dwóch podobnych nazwiskach na „O”. Jedną z nich nazywali Omegą, paradowała w atłasowym, zielonym szlafroku po chodniku i koło śmietnika – wyjechała do stolicy.

                Mieszkała pani o nazwisku jak drzewo na „K”– ona nieduża drobinka, tłumaczyła mi teksty z języka rosyjskiego, bardzo uzdolniona manualnie. Jej córka Natasza miała wplecione w warkocz duże czerwone kokardy. Jej siostrę natomiast, Bożenkę o blond włosach, nazywali panią Pikusiową, bo miała pieski i kotki. Dzieci jej często dokuczały. Z wykształcenia była biologiem, znała się na farmacji i łacińskich nazwach roślin. Zakładała wspólnie z panią Rückeman akwaria w Liceum Pedagogicznym. Musiała doznać wiele krzywd i cierpień w czasie wojny, to też miała swoje tajemnice. Zresztą kto tych tajemnic nie miał. Marnie skończyła, ale nie na naszej ulicy. Z Izraela pewne osoby dopytywały się o grób tej pani Boginiec. Na ul. Orlińskiego mieszkali – milicjanci, ubowcy, „gumowe ucha” i „niepewni” – inteligencja i robotnicy – wszyscy się szanowali i żyli w zgodzie. Społeczeństwo się wymieszało ze Wschodu, Kresów, Zachodu, Kaszub, autochtoni itp.

              Pewnego dnia na podwórku stanął płot na wzór Pawlaka i Kargula – zastanawiano się więc po co? I kto ogrodził wzdłuż podwórka. Okazało się, że to dwóch panów, aby poszerzyć fermę dla kur i powstało podwórko z kurzymi odchodami. Stawiano okropne chlewiki, szopki, kurniki, klatki. Między chlewikami spacerowały szczury oraz unosił się przerażający fetor świński. Od roku 1949 powiększyła się nasza rodzinka o dwie istotki: brata Mariana i siostrzyczkę Magdzię. Przybywało coraz więcej dzieci na podwórku. Była Renia ze złocistymi włoskami, Kazia i Piotruś Czapp, gromadka u państwa Łużyńskich: Andrzej, Gienek, Sabina, Dorcia, Ziula, Witek. Także u Kolejarzy czwórka. Był Januszek upośledzony, Andrzej Franczak – czarniutki, malutki, grzeczny (zmarł mając 7 lat). Jego siostra Marylka i Adaś. U Kłosów: Halinka i Andrzej. Z okna często wyglądała Irenka z warkoczykami, w które wpięte były zapinki w biedronki.

                 Zosia Lechończak miała pomysły – zdolna organizowała teatrzyk podwórkowy, były śpiewy, deklamacje wierszyków, zabawy zręcznościowe – gry w piłkę, hula-hop, klasy, itp. I zabawy twórcze – w dom, szkołę, zabawy z lalkami. Na tyłach Domu Starców zbierałyśmy kolorowe szkiełka, koraliczki i znajdowałyśmy nieraz w gruzach fragmenty rozbitych figurek porcelanowych. Chowałyśmy te skarby w pudełkach po papierosach, które dostarczał nam pan Bogutyn. Mamusie uczyły dziewczynki haftować i robótek na drutach. Dzieci się nie nudziły, latem gromadką chodziły do lasu na jagody. Starsze rodzeństwo względem młodszych było opiekuńcze. Jednak także były obowiązki takie jak: pomoc w pracach domowych, stanie w kolejkach po chleb i mięso, chodzenie z bańką po mleko i maślankę do sklepu pani Czarkowskiej.

             W latach 50-tych były kartki żywnościowe na tłuszcze (olej). Pamiętam sklep na Złotym Rogu i sklep spożywczy pani Gołąbkowej, w tych sklepach kupowaliśmy produkty. W niedzielę rodzinnie chodzono do kościoła, odświętnie ubrani, dzieci z przodu, rodzice z tyłu. Codziennie mijaliśmy żywopłot na ul Buczka – siadały tam wróbelki, w głębi stała duża stodoła – obiekt należał do państwa Mackiewiczów, dzisiaj stoją tam domy jednorodzinne. W sąsiedztwie ul. Orlińskiego były gospodarstwa państwa Kaliszów, Parasów, Kiedrowskich, pana Gintera. Z podwórka zniknęły drewniane belki, gdzie wysiadywały sąsiadki, były schodki, śmiechy i ploteczki, nie umknęło nic ciekawego: „kto z rana szedł do pracy? Do kogo goście przyjechali? Kto spodziewa się dziecka? Kto zdał do następnej klasy? Lub komu miał wyrosnąć kaktus na dłoni?”. Podwórko odwiedzali czasem chłopcy - wandale – rysowali graffiti kasztanami, świńskie obrazki. Zniszczone zostały dzwonki, lampa potłuczona kamykami z procy, ginęły papierosy z pokoiku pana Mariana B. oraz mosiężne klamki. Obraz OAZY się zmienił, także przez nadbudówki  i pożar.

                   Lata płynęły, dzieci wyrosły, wykształciły się, zdobyły zawody, założyły swoje rodziny. Niektórzy wyjechali z Lęborka i z Polski. Z czasem zniknęły topole, kwieciste łąki, ogródki, pralnie i pokoiki. Wprowadzili się nowi sąsiedzi.  Były chrzciny, wesela, pogrzeby, staraliśmy się odprowadzać sąsiadów i znajomych na miejsce spoczynku.

                Smutno się jakoś zrobiło, krajobraz z lat dziecięcych się zmienił. Na kwiecistych łąkach powstały domki jednorodzinne, działki odgrodzone od siebie, rowy zaśmiecone, drogi inne i nowe nazwy ulic. Dzieci z podwórka zostały babciami, dziadkami. Ach, jak ten świat się zmienia, obrazy i wspomnienia z dzieciństwa pozostały. Na tej ulicy Orlińskiego, spotkało mnie mnóstwo wspaniałych zdarzeń, zawsze mogłam spotkać życzliwe i pomocne osoby.

              Gościnnie odwiedzam mój dom rodzinny 1/4 i podziwiam jak dzięki wspólnotom mieszkaniowym, bloki wyremontowano, ocieplono, są kolorowe i oświetlone, chodniki i ulica wyłożone kostką. I mówi się: idę na Orlińskiego, co tam na Orlińskiego? a to Ci z Orlińskiego, i tak pozostanie.

 

 

Małgorzata Miotk Cieśla

 

 

Tytuł: Podwórka : Majewskiego 9
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1963
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Jolanta Czapiewska
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Rok 1963, Dorosłe osoby to Irena I Aleksander Dzieciniakowie. Dzieci siedzące na płocie to Piotr Studziński i Zdzisiek Kaliński, niżej Jola Wojtczuk,obok niej Tadzik Szlenk, Ewa Studzińska  Danka Jóskowska,nizej Olek Dzieciniak, mały chłopczyk - Jarek Studziński.Chłopiec stojacy z boku po lewej - Mietek Dzieciniak. Zdjęcie zrobione w przeddzień komunii Ewy Studzińskiej i Tadzika Szlenka.

Tytuł: Gdzie zostało zrobione to zdjęcie? Kto jest na nim ?
Liczebność zbioru: 1
Okres: nieustalony
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Tytuł: Antoni Galiński
Liczebność zbioru: 21
Autor: nieznany
Sygnatura w OSA: PL_1065_ 004
Okres: 1921- 1960
Miejsce zdarzenia: Lębork Świecie Katowice
Ofiarodawca: Barbara Pietrusewicz
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: TAK

 

Strona w budowie, 

                                                             ok.1959, Plac pokoju, z tyłu ul.Mikołaja Rejaok.1960 - z wnuczkami na Pl.Pokoju ok.1963

 

Organizacja SOKOŁA w Świeciu

12 maja 1936 - Świecie, Członkowie Sokoła1922 -Wycieczka Sokoła Okręgu III do Grodka1922,  Wycieczka Sokoła  Okręgu III . Miejscowość Sełosza

Zawodnicy - sportowcy Sokoła1936,lipiec 21.Zarząd Sokoła miasta Świecie

 

1921,Poznań, Antoni w Wojsku Polskim1920, Toruń, Wojsko Polskie1921 żołnierze w Ma...... Kacku                                                           

 

1937,czerwiec 29, Pamiątka z podróży ze Świecia do Katowic na zlotNa zlocie w Katowicach - 27-29.06 1937Zlot w Katowicach - 26-27.06.1937

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
 
Tytuł: Łódzka,Majewskiego,Stryjewskiego
Liczebność zbioru: 4
Autor: nieznani
Okres: 1945- 70
Twórca: Tekst: Małgorzata Miotk - Cieśla
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Jolanta Czapiewska, Danuta Szlenk
Rodzaj: Obraz, Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

                                                                                             

 

Wspomniani a niezapomniani

z ulicy Łódzkiej, Majewskiego, Stryjewskiego

 

Po wyzwoleniu Ziem Zachodnich od 1945r., miasta i wsie, także ulice, zmieniły swoje nazwy. Lauenburg przyjął nazwę Lębork. Jako lęborczanka, moje dzieciństwo, młodzieńczość i dojrzałość spędziłam w Lęborku. Chodziłam właściwie po wszystkich ulicach, dróżkach i alejkach. Niektóre z nich są już dawno zapomniane. Lębork po wojnie był w opłakanym stanie. Nieraz myślałam, ile tu było zmartwień i nieszczęść. Z opowiadań rodziców i znajomych (autochtonów), i zdjęć dowiedziałam się, gdzie znajdowały się piękne domy i warsztaty pracy. Za zniszczenie miasta obwinia się wojska sowieckie. Niektórzy mieszkańcy w latach 1945-1946 zostali wypędzeni i wysiedleni ze swoich domów i mieszkań. Pozostała garstka autochtonów.

Do Lęborka przyjeżdżali w tym okresie  ludzie, którzy przez wojnę zostali pozbawieni mieszkań i dorobku swojego życia, również doznali krzywd ze strony wojsk nazistowskich. Każdy szukał tu szczęścia – byli szabrownicy, grabili co się dało , drudzy szukali mieszkań i uczciwej pracy, a komu się poszczęściło, zajęli domy i mieszkania z pełnym wyposażeniem. Ziemia lęborska była przyjazna dla osiedleńców ze wschodu, kresów, centralnej Polski oraz południa.

Po latach pozostały wspomnienia tamtych chwil i pamiętnych przeżyć. Na spotkaniach rodzinnych, okolicznościowych u znajomych, sięgamy pamięcią do  dawnych nazw ulic i mieszkańców, którzy przy nich zamieszkali. Np. ulica obecnie M. Stryjewskiego w latach 1945 – 1950 była to ulica Łódzka. Osiedlili się tam mieszkańcy z Łodzi, okolic Warszawy i kresów. Na rogu tej ulicy był sklep zwany Złoty Róg. Początkowo handlowano tam artykułami spożywczymi, alkoholem i mięsem. Gdy ulica zmieniła nazwę na Majewskiego, mieścił się tam zakład fryzjerski, a obecnie prywatne mieszkanie. W tym domu nr 13 zamieszkują państwo Olechowie (nauczyciele), p. Sikora i państwo Śliwowie z gromadką grzecznych i pracowitych dzieci. Zdobyli wykształcenie, wyprowadzili się i wyjechali z Lęborka. Od Złotego Rogu – w stronę Domu Starców – dzisiaj ma inną nazwę -  były gospodarstwa p. Mackiewiczów. Obecnie znajduje się tam sklep spożywczy i piekarnia p. Skrzypkowskiego. Dalej, przy dużym ogrodzie Kellermana, było gospodarstwo pp. Anisimowiczów następnie pp. Kaliszów, Rogulskich, Parasów i p. Gintera Kiedrowskiego. Po drugiej stronie ulicy znajdowało się gospodarstwo Fiederowiczów. Ich chłopcy hodowali gołębie o różnych odmianach. Każdy coś hodował. Bydło gospodarzy wypasano na łąkach przy ulicy Poznańskiej. Latem, w latach 1951-1954 na tych łąkach stacjonowały tabory cygańskie - kolorowe wozy, Cyganki - było wesoło. Dzieci zaprzyjaźniły się z Cyganeczką  imieniem Rózia.

Wszystko się zmieniło – nie ma już gospodarstw. Stoją domki jednorodzinne. Za tymi gospodarstwami o pięknej architekturze był i jest Dom Starców. Smutna nazwa. Od roku 1945 – do jakiegoś czasu zarządzały i opiekowały się pensjonariuszami zakonnice w brązowych habitach- Albertanki.  Wśród pensjonariuszy były szlachcianki ze Lwowa, a z Wilna dwie hrabianki i autochton prof. Maksymilian Kolch. Mieszkańcy z pobliża odwiedzali samotnych – przynosili smakołyki. Organizowali Jasełka – artystami były dzieci z Majewskiego i Orlińskiego. Dom Starców, w późniejszych latach został rozbudowany – poszerzony w stronę ul. Orlińskiego. Naprzeciw stoi dom z czerwonej cegły – zamieszkały po wojnie przez autochtonów. Na pierwszym piętrze mieszkała pani Ula Z., która wróżyła z kart przyszłość. Obok stoi szary dwupiętrowy dom, na nim znajdowała się skrzynka pocztowa, dlatego nazywaliśmy go dom pocztowy – fakt, że zamieszkiwali tam urzędnicy poczty. Mieszkała tam też pani Elżbieta Szykut (Kołacińska), nauczycielka, która uczyła w Szkole Podstawowej nr 4. Brat Pani Eli, Józef, naprawiał sprzęt telewizyjno – radiowy. Mieszkała tam też ceniona położna pani Podhorodecka. Rodzące panie miały szczęście, gdy na położnictwie był dyżur tej Pani. Następny domek, niepozorny z wyglądu – a wewnątrz atmosfera serdeczna - mieszkała w nim moja koleżanka Zdzisława J. z rodzicami, braćmi oraz ich ciocie, stryjkowie, wujkowie.

Ludzie z kresów byli gościnni, częstowali tym co ugotowali, upiekli, zapraszali w odwiedziny. Mama Zdzisi – pani Jankowska, była krawcową, pracowała też w kuchni w Szkole Podstawowej nr 1 i w Szkole nr 4. Pan Rusak miał konia i wóz, którym zwoził złom. Mieszkał z rodziną też w tym domu. Obok był sklep spożywczy, w którym pracowała p. Gołąbkowa i do dziś istnieje. Na rogu ulicy była piekarnia p. Rosińskiego gdzie Wwpiekano chleby okrągłe dwukilogramowe i mniejsze podłużne, bułeczki, rogaliki z makiem. Przed świętami nosiło się w foremkach ciasta do upieczenia do piekarni, a zapach rozchodził się po całej okolicy. W sklepie nabiałowo – mleczarskim, sprzedawała p. Anielka Czajkowska – przeniosła się później na ul. Polewskiego. Przy rondzie – wysepce i słupie ogłoszeniowym, stoi niski parterowy dom nr 52. Większość domów miało dwa wejścia: z frontu i podwórka. Zamieszkiwali tam autochtoni, jak p. Szyrmacher- Repp. pani Ruth (imię) grała na akordeonie i pianinie, dzieci jej to Pacewicze. Inni, którzy tam mieszkali to pp. Górscy, Płotkowie, Januszowie (dziadkowie Zenka i Marysi). Zamieszkiwał tam poeta Mieczysław Stryjewski, inwalida. Często siadywał na wózku inwalidzkim, a niekiedy przesiadywał przy kiosku z gazetami, gdzie pracowała p. Stryjewska (mama). Dzisiaj domek jest po remoncie, wmontowana jest tablica pamiątkowa, ku pamięci Miecia Stryjewskiego.  Spacerując po tej ulicy, można było spotkać takich mieszkańców jak: pp. Tomaszewskich, Zagrodników, Bielawów, Stachowskich, Wańkowiczów, Gertnerów, Baranowskich. Na tej ulicy był magiel – urządzenie do wygładzania bielizny, obrusów, i firan. Za tę usługę pobierano drobną opłatę. Była pani, która plisowała materiały na spódniczki, sukienki. W zadbanym budynku mieszkali pp. Wierzbowscy i Chabowscy. Państwo Jereczkowie (stolarz) mieli stolarnię. Ich syn Daniel rzeźbił w drzewie ikony. Mieszkał też z mamusią, chłopczyk Zbynio. Oj, dał się niektórym we znaki. Wyrósł i po latach Zbyszek był koleżeński, uczynny i szarmancki (już nie żyje) – wielka szkoda. Należy też wspomnieć zakład zegarmistrza p. Wierzbowskiego. Przez nieostrożność jednego z uczniów przy czyszczeniu zegarków, wzniecił się pożar. Bardzo ucierpiał mój kolega szkolny, przystojny młodzieniec Janek Stowba. Zakład zlikwidowano (mieścił się w wąskiej uliczce przy ulicy Staromiejskiej).

Gospodarstwo pp. Mülerów, przy ul. Stryjewskiego, zniknęło i pozostał zielony plac, gdzie zlatują się gołębie. W latach 1961 – 62 organizowano tam ogródki jordanowskie, które wyposażone były w sprzęt taki jak: karuzela, zjeżdżalnia i inne do pokonywania przeszkód. Uczennice LPWP miały popołudniowe zajęcia i za zadanie zabawiać dzieci, również z tej ulicy. Trzeba było tę działalność przerwać, gdyż paru podrostków przeszkadzało, rzucali kamieniami itp. wiadomo jak się zachowywali. Takie Ogródki Jordanowskie były w Parku Chrobrego, przy ul. Sienkiewicza, przy ul. Targowej. Często można było spotkać na mojej ulicy Ewkę K, która prosiła, to co kolorowe i świecące – koraliki, bransoletki, buteleczki po perfumach i lusterka. Niektórzy mieszkańcy wystawali przed domem jak Pan Kaliński czy p. Majer. Nieraz było słychać grę na pianinie dziewczynki, blondyneczki z loczkami i dużą kokardą na głowie. Wyglądała jak księżniczka. To Jola, wnuczka Pani Gołąbkowej.

Miło jest powspominać znajomych, moich rodziców, państwa Lisów i Gizelę, Józefa Wernerów (jego wytwory ceramiczne przekazaliśmy do lęborskiego muzeum) czy też wysportowaną, z poczuciem rytmu, Panią Danusię Jóskowską – Blank, która prowadziła lekcje rytmiki w przedszkolach, i Panią Ewę Studzińską – Kłosowską, która jako dziecko mieszkała na tej ulicy  i wyprowadziła się z rodzicami. Obecnie jest prezeską Stowarzyszenia na 102 w Lęborku, jest bardzo czynna społecznie i bardzo zaangażowana w działalność na rzecz seniorów i społeczeństwa Lęborka. Pry tej tej ulicy zamieszkiwali pp. Z. Toczkowie. Z ich synem Zenkiem chodziłam do szkoły. Inni sąsiedzi to Ryszard Górny z mamą i siostrami. Jedna z sióstr jest fryzjerką w „Belwederze” to p. Hejka.

Znałam państwa Kotowskich, Krampów, Kiedrowskich. Prawdopodobnie p. Kotowski (senior) był pilotem w Szkole Szybowcowej w Lęborku- córki to Krystyna, Marysia, imion synów nie pamiętam. W tym samym ciągu ulicy mieszkał nauczyciel p. Florian Stolc, który uczył matematyki w Szkole Podstawowej Nr 4 – awansował na Kierownika Szkoły Podstawowej Nr 3 i na Dyrektora Szkoły Podstawowej Nr 8 w Lęborku. Pan Stolc będąc na emeryturze był prezesem ZNP w Lęborku. Mieszkał tam również pan Kościński (nauczyciel), był też prezesem ZNP i kierownikiem Klubu ZNP – zapaleńcy  gry w brydża, spotykali się w Klubie. Córka tych państwa- Maryla była żoną Piotra Janczarskiego z zespołu Niebiesko – Czarni. Ich synek miał na imię Maj, wraz z babcią -panią Kościńską -odwiedzał Przedszkole Nr 1 w Lęborku, aby móc się pobawić się z rówieśnikami.

Po tej samej stronie stał za ogrodzeniem dom z balustradą balkonową. Mieszkali tam państwo Kulczyccy, a na parterze pan Pobrucki i repatrianci. Obecnie dom ma inny wygląd i są inni mieszkańcy. Był też skup butelek, zakład szklarski, zakład szewski. Szewcami byli pan Czech, pan Gaffke, pan Nadworski. Te pomieszczenia przebudowano na sklep spożywczy. Ekspedientką tam była Pani Stasia. Dzisiaj jest to lokal prywatny, mieszkalny. Długo spełniał swoją rolę sklep masarniczy. Często stałam tam w kolejce, takie niestety były czasy. Obok, za drewnianym płotem, mieścił się Zakład Żeliwiak, w którym pracowali panowie z ul. Orlińskiego, Żmudzccy. Kierownikiem tego zakładu był pan Negowski, ojciec Ryszarda Negowskiego. Były zakłady usługowe: fryzjer, krawiec, malarz, tapicer. W przedszkolu Nr 4 pracowały mieszkanki tej ulicy: pani Łeppek, H. Głowacka, H. Kisielewska.

W latach 1956 – 1958 jesienią z tej ulicy jeździły kobiety na wykopki Starem – takim dużym samochodem - do PGR-u, zarabiały i przywoziły ziemniaki na zimę.

Z perspektywy czasu można ocenić, że mieszkańcy tej ulicy byli bardzo pracowici.  Pracowali w trudnych warunkach: w Manufakturze, Ceramice, Cegielni, w Zakładach Roszarniczych, Beczkarni, itp. Dzisiaj są specjalne wsparcia dla rodzin wielodzietnych, matek samotnych, osób zaniedbanych. Często na spotkaniach, zlotach wspominamy dostojną Panią Lipkowską, nauczycielkę języka angielskiego, której mąż był lekarzem weterynarzem, zaś matka Pani Lipkowskiej była malarką. Synowie Pani Lipkowskiej to Konrad i Michał (bliźnięta) i ładna córka Maryla. Nie można pominąć przystojnego komendanta Milicji Obywatelskiej pana Gąsiorowskiego z rodziną, ani, państwa Dropczyńskich – synowa, to pani Adela Dropczyńska – Andrzejewska, która pracowała jako nauczycielka w Przedszkolu Nr 2, w pionie ćwiczeń, przy ul. Kossaka. Na emeryturze pisze wiersze, wydała zbiór pt. „Wiersze życiem pisane”. Szwagierką pani Adeli jest pani Wiatrakiewicz, która miała zakład szycia czapek przy ul. Bieruta (Staromiejska).

Pamiętam procesje z okazji Bożego Ciała, wtedy okna na tej ulicy były pięknie przystrojone w symbole religijne, obrazy święte. Mieszkańcy pielęgnowali tradycje jak Mikołajki, święcenie pokarmów, lany poniedziałek. Część młodzieży ukończyła Liceum Pedagogiczne, Ogólniak, Szkoły Zawodowe. Zdolniejsza młodzież mająca  warunki ukończyła studia.

Zdziwicie się skąd znam tyle osób i faktów. Od dziecka przemieszczałam tę ulicę, wzdłuż i wszerz idąc do szkoły, do sklepów, kościoła, i do pracy. Niektóre osoby znałam z widzenia i z ławki szkolnej. Jednych poznałam przypadkowo, a z drugimi się przyjaźniłam. Na szczęście mam dobrą percepcję wzrokową i pamięć, za co Bogu dziękuję. A dzisiaj jestem rzadkim przechodniem, mijam niektóre domy wyremontowane, od zewnątrz wymalowane, a niektóre zdewastowane czekają na remont, są też inni już mieszkańcy. Spotyka się osoby spieszące po „eliksir” do sklepu Skrzypkowskiego, to już inne pokolenie młodsze.

Nie ma tych z ul. Łódzkiej, Majewskiego, dzisiejszej Stryjewskiego.

A co dziwne w tym wszystkim, członkowie rodzin, którzy dokuczali, autochtonów wyzywali od Niemców, hitlerów i ich poniżali, są dzisiaj w Niemczech i nie mają zamiaru wracać.

Ale jaki ten świat jest przewrotny.

Przedstawiłam krótki opis znanych i niezapomnianych mieszkańców tej ulicy.

 

 

 

"Złoty Róg"kamienica z nr 9z tyłu kamienica nr 10Kiosk Ruchu przy Majewskiego  ( a może to już Pl.Kopernika ?)Rok 1956. Fotografia zrobiona na podwórku kamienicy nr.9. W tle drewniana stodoła,która stała przy Malczewskiego.Za nią już tylko łąki.

Tytuł: Józef Dzida
Liczebność zbioru: 9
Okres: 1960
Miejsce zdarzenia: Lębork
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Obraz, Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

1960 Józio ze swoja siostrą Rok 1960, maj.Józef Dzida z uratowanym spod kół pociągu  dwuletnim Józiem1960, prasowy wywiad z mamą małego Józia

 

 

                                                                      Wspomnienia o bohaterze który uratował dziecko spod kół pociągu                                                                 

 Józef Dzida urodził się w 1928 roku w Giełczewie (pow.Krasnystaw) w rodzinie chłopskiej. Podczas okupacji /od 1943r./ działał w Batalionach Chłopskich w powiecie Krasnystaw jako łącznik dowódcy oddziału pod pseudonimem „Hebel”. Po wojnie w 1946 roku w ramach programu zasiedlania Ziem Odzyskanych, wraz z rodzicami, na których był utrzymaniu, przybył na teren powiatu  lęborskiego i razem zamieszkali w Oblewicach. Następnie rozpoczął kontynuację przerwanej przed wojną nauki w Gimnazjum Rolniczo-Hodowlanym w Osmolicach /1946-1948/, a następnie w Liceum Chemiczno-Spożywczym w Inowrocławiu. Po jego ukończeniu w zawodzie technik-chemik otrzymał nakaz pracy w Centralnym Instytucie Standaryzacji Żywności w Gdyni a następnie przeniesiony do pracy w Zakładach Mięsnych w Gdańsku. W roku 1952 zawarł związek małżeński po czym z żoną Reginą zamieszkał w Tawęcinie. Do 1957 roku pracował w Wydziale Rolnictwa Powiatowej Rady Narodowej w Lęborku.

            Od dnia 10 kwietnia 1957 r. rozpoczął służbę w Milicji Obywatelskiej. Po przeszkoleniu podoficerskim w Gdańsku w stopniu kaprala rozpoczął służbę w Referacie Dzielnicowych Komendy Powiatowej MO w Lęborku. Do służby dojeżdżał codziennie pociągiem z Tawęcina do Lęborka.

             W dniu 17maja 1960 r. o godz. 8.40 stanął twarzą w twarz ze śmiercią... Oczekiwał na peronie przystanku w Tawęcinie, gdzie stało też kilkanaście osób. O tej porze ruch był mały, wszyscy śpieszący się do pracy wyjeżdżali wcześniej. Kapral MO Józef Dzida wyjątkowo nie pojechał rano do Lęborka, gdzie pracował w Komendzie Powiatowej MO. Otrzymał inne zadanie służbowe. Ubrany po cywilnemu miał udać się w kierunku Choczewa. Już nadjeżdżał pociąg, zagwizdał ostrzegawczo na zakręcie i z dość dużą szybkością wpadł na skraj peronu. Wtedy stało się. Ktoś krzyknął: Dziecko na torze! Krzyknął, ale nie skoczył na pomoc. Malutki, dwuletni chłopczyk stał na środku toru, nie dostrzegając niebezpieczeństwa. Dzida odwrócił się. Lokomotywa  była już kilkanaście metrów od dziecka. Nie zawahał się, skoczył na tory. Biegł naprzeciw pędzącemu parowozowi. Chłopczyk przysiadł na torze. Patrzył na biegnącego mężczyznę i nic nie rozumiał. Uśmiechał się nawet. Ludzie zamarli z przerażenia. Dzida dopadł dzieciaka uchwycił go jedną ręką, przycisnął pod pachą. Na ucieczkę z torów było już za późno. Lokomotywa urosła przed nimi do monstrualnych rozmiarów. Wówczas Dzida rzucił się twarzą na tory, nie wypuszczając spod ramienia dzieciaka.  Lokomotywa przeleciała nad nimi i dopiero wagon zaczepił leżących, wlokąc ich kilkanaście metrów po podkładach. Pan Dzida jednak nie wypuścił dziecka. W tym momencie patrzący na to ze zgrozą ludzie na przystanku, stracili go z oczu.

            Bohaterski milicjant ocalał, jednak został mocno poturbowany, natomiast dwuletni chłopczyk Józio Mularczyk wyszedł z wypadku bez najmniejszego szwanku. Dzidę zabrano do szpitala. Stan jego zdrowia nie był niebezpieczny, lecz z powodu dużego upływu krwi organizm jego był mocno osłabiony, jednak powoli wracał do zdrowia.

            Bohaterski czyn Józefa Dzidy zyskał mu powszechne uznanie społeczeństwa, przełożonych i dozgonną wdzięczność matki uratowanego dziecka Marii Mularczyk. Wśród licznych delegacji odwiedzających go w lęborskim szpitalu znaleźli się przedstawiciele różnych instytucji. Setki wiązanek kwiatów, dziesiątki drobnych upominków, tysiące listów, pierwszy w Polsce przyznany przez Radę Państwa medal „Za ofiarność i odwagę”, złote odznaki TPD, PCK, artykuły w prasie polskiej i zagranicznej było dowodem sympatii i uznania dla jego czynu. To był mój obowiązek – mówił skromnie kapral Dzida – sam jestem ojcem, mam 6-letniego chłopca i 3-letnią dziewczynkę. Specjalnym rozkazem Komendanta Głównego MO został awansowany do stopnia st. sierżanta.

            Od roku 1961 wraz z żoną i dziećmi zamieszkał w Lęborku. W roku 1983 w stopniu porucznika MO przeszedł na emeryturę, gdzie mógł realizować swoją pasję w dziedzinie pszczelarstwa. Za swoje czyny i osiągnięcia w pracy został też odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi oraz wieloma odznaczeniami resortowymi. Jego postawa jest godna naśladowania i upamiętnienia.Zmarł w 2004 roku

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tytuł: Podwórka.- Kościuszki, Tczewska....
Liczebność zbioru: 4
Okres: 1958- 1965
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Wiesław Budkowski (WB),Jolanta Sandach
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Rok 1958,Zdjęcie podarowane przez Wiesława Budkowskiego przedstawia przyjaciół z czworokąta ulic: Tczewska, Luksemburg,Grudziądzka, Kościuszki.  Od lewej Jan Szmitke,Helmut Słowikowski, Lidia Bielecka, Irena Bach, Gerard Dawidowski,Maria Sulik.ul Kościuszki,zanim wybudowano szkołęWandy wasilewskiej ok. 1958Dzieci z podwórka przy Kościuszki 27

 
Tytuł: Parowozownia II klasy
Liczebność zbioru: 7
Autor: nieznany
Okres: 1951-1960
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Wiesław Budkowski (WB)
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Rok..... Panowie od lewej: Jankowski- ślusarz, Budkowski - spawaczRok......Od lewej panowie: Jankowski, Szczypior, Budkowski, Wożniak (WB) Rok..........Od lewej : Włodzimierz Budkowski, p.Szczypior.Mieczysław Dziuk, Bolesław Wożniak   (WB)Rok............... Panowie Budkowski ( spawacz) i p.Szczypior Rok ..................Od prawej panowie :Michalski, Budkowski, Jankowski.ok.1960, pochód pierwszomajowy, oddział kolejarzy w galowych mundurach. Pracownicy parowozowni i warsztatu.Pracownicy parowozowni na kursie spawaczy

 

 

 

 

 
 
 
 
 
Tytuł: Podwórka - dzieci z 1 Maja
Liczebność zbioru: 10
Autor: Zygfryd Klimek
Okres: 1971-1980
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Zygfryd Klimek
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

 
Tytuł: Podwórko - Polewskiego
Liczebność zbioru: 3
Okres: 1971-1980
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Irena Boniaszczuk
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Rok 1954. Dzieci z podwórka na Polewskiego 13 ( obecnie Mostnika) od lewej: Wiesia, Irenka i Adaś Boniaszczuk oraz Wandzia Berczak 1977 - Małgosia i Magda1982 - podwórkowa rodzina: Asia, Małgosia, Sonia Małgosia, Magda. Ola

 

 
 
 
Tytuł: Podwórko -ul.Okrzei
Liczebność zbioru: 1
Sygnatura w OSA: PL_1065_ 011
Okres: 1951-1960
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Andrzej Moskal
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: TAK

Pierwsza od lewej Ula Ćwiklińska, po mężu Grabarczyk. W górnym rzędzie od lewej Irena Klinkosz, Zenon Pietrzyk,Jan Charynek,Basia Gulgowska. Z kwiatkami we włosach - ?? Jakubowska. W rzędzie niżej: Hania i Basia Stachurskie, mały chłopiec - Leszek Pietrzyk.

 
 
 
Tytuł: Lęborscy rzemieślnicy - szewcy
Liczebność zbioru: 1
Sygnatura w OSA: PL_1065_ 011
Okres: 1951-1960
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Andrzej Moskal
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: TAK

 
 
Tytuł: Podwórko - dzieci z ulicy I Armii WP ( tartak)
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1961-1970
Twórca: nieznany
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Brygida Markowiak
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE