Tytuł: List z 1947 roku
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1945-1950
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Marek Wenta
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

 

 

 
Tytuł: Szkoła nr 7
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1961-1970
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Marek Wenta
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

                                                                                                                         Rocznik 1957

 

                                                                                     

Tytuł: Kolekcja Jolanty Wojtczuk-Czapiewskiej
Liczebność zbioru: 14
Okres: 1965 - 1976
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Jolanta Czapiewska
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

   

 

 

 
 
Tytuł: Lęborskie blokowiska
Liczebność zbioru: 1
Okres: nieustalony
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: ??
Rodzaj: Video
Umieszczone w OSA: NIE

                                                                                      

                                                                               Oto linkdo filmiku

                                                                            https://www.youtube.com/watch?v=J4Zl9RSZKZo

Tytuł: Z przepisami ruchu drogowego na TY
Liczebność zbioru: 10
Okres: 1965- 1978
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Bożena Lipińska
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

                                                                                                                                          

 

                                           

 

                                      2                                                                        

 

 

 
 
 
 
 
 
Tytuł: Kolekcja pana Krzysztofa Dudkowskiego
Liczebność zbioru: 25
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Krzysztof Dudkowski
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Parafia św.Jakuba, komunia rok ??Rok 1952,ul.Moniuszki 1, K.Dudkowski z mamąRok 1958, park ChrobregoRok 1958, park ChrobregoRok 1957.Przed kościołem św.Jakuba.W tle budynek drukarni i teren ,na którym stanęły bloki mieszkalneRok 1945. Młodzi ludzie, w tle zrujnowane śródmieście Lęborka1954, Park Chrobrego1956.Przedszkole - tzw. Ochronka- prowadzona przez siostry zakonne1956.Przedszkole, tzw.ochronka, prowadzona przez siostry zakonneRok 1959. Szkoła ćwiczeń, kl.II -rocznik dzieci 1951. Wychowawczyni p.Jadwiga JóżwiakRok 1962. Zakinada.Na przedzie Krzysztof Dudkowski,NNFormelówna, Aleksiejuk,NN,Jerzy Wójcik, NNRok 1947,widok z ul.Gdańskiej na basztę BluszczowąRok 1945.Kl.VI,wychowawca p.JesypRok 1956, pracownicy tzw,beczkarni

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tytuł: Lębork w obiektywie Henryka Sęka
Liczebność zbioru: 25
Autor: Henryk Sęk
Okres: Po 1990
Twórca: Henryk Sęk
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Henryk Sęk
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Jeden z budynków na terenie jednostki wojskowejCzołg, który stoi na terenie jednostki wojskowej               Budowa centrum handlowego KUPIEC. Rok ????  

 

Rok ???? Jezioro Lubowidz. Plaża tzw.zwarowskaRok ???? basen  w parku

 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tytuł: Kolekcja Henryki Lewnau.Łebunia,Unieszyno
Liczebność zbioru: 2
Okres: nieustalony
Okres: 1957-1960
Miejsce zdarzenia: Łebunia, Unieszyno
Ofiarodawca: Henryka Lewnau
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

                                                 

 

                                                                2.	Lata 60.? Odświętnie ubrana młodzież z Unieszyna wyrusza ( wraca?) na pochód pierwszomajowy.                            1.	11 sierpnia 1957 roku. I Komunia św. w kościele św. Michała Archanioła w Łebuni.

Tytuł: Siemirowice.Kolekcja p.Ewy Piotrzkowskiej
Liczebność zbioru: 9
Autor: nieznany
Okres: nieustalony
Okres: 1959-1970
Miejsce zdarzenia: Cewice,Siemirowice
Ofiarodawca: Ewa Piotrzkowska
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

                                            . Rok 1967. Siemirowice. Na zdjęciu: Ewa Piotrzkowska  z mamą Klementyną       . Lata 60. Szkoła Podstawowa im. Lotników Morskich w SiemirowicachRok 1959. Cewice. Z lewej – położna Wanda Dec, z prawej – Klementyna Mazur                                                                                   . Lata 60. Lotnisko w Siemirowicach              . Lata 60. Lotnisko w Siemirowicach

  

         Rok 1977. Kulig myśliwskiRok 1967. Zabawa karnawałowa dla dzieci w Siemirowicach.Rok 1970 (?).  Kulig  z Mikołajem w Siemirowicach.          Maj 1959 roku. Na zdjęciu: dawna gospoda w Cewicach

 
Tytuł: Krótki Zarys 50 lecia Sportu Związku Nauczycielstwa Polskiego Lębork 1953-2003
Liczebność zbioru: 1
Autor: Bolesław Bykowski
Okres: 1953 - 2003
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: ZNP oddz.Lębork
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

 

                                                                                                                   Bolesław Bykowski

 

 

Krótki Zarys 50 lecia Sportu Związku Nauczycielstwa Polskiego Lębork 1953-2003

 

 

Już wcześniej pisałem, że MKS „Wiedza" Lębork z sekcjami: piłka nożna, bokserska powstała w październiku 1947 r., ażeby przekształcić się w 1949 roku w RS „Ogniwo" Lębork. W latach pięćdziesiątych (1954), za sprawą animatorów sportu młodzieżowego i nauczycielskiego kol. Czesława Pajewskiego, Józefa Libicha i piszącego, nastąpiło odrodzenie KS "Wiedzy", ale już przy Oddziale Zarządu ZNP Lębork z sekcjami piłki siatkowej, koszykowej i tenisa stołowego. Nauczyciele, miłośnicy sportu mieli możliwość uczestniczenia do dnia dzisiejszego w różnych imprezach sportowych, do szczebla centralnego włącznie, według kalendarza sekcji sportowej przy Zarządzie Głównym ZNP w Warszawie.

W latach 1960-1984 przewodniczącym sekcji sportowej przy Oddziale ZNP Lębork został wybrany kol. Czesław Pajewski, nauczyciel WF-u Szkoły Podstawowej nr 4 Między innymi to On opracował kalendarz imprez sportowych dla rodzin nauczycielskich, które startowały przez cały rok szkolny w kilkunastu dyscyplinach sportowych współzawodnicząc o miano najlepszego Ogniska ZNP w powiecie. Również On sam – Czesław – skupił wokół siebie aktyw sportowy nauczycieli wf pomagający mu realizować dyscypliny sportowe w kategorii kobiet i mężczyzn.

Podsumowaniem całorocznego współzawodnictwa sportowego był "bal nad balami" w SP 4 w Lęborku, gdzie wręczono dyplomy, puchary indywidualne i drużynowe dla najlepszych zawodników i drużyn "Ogniska". Tzw. "Duszą" balu sportowego było usportowione małżeństwo p.p. Ireny i Czesława Pajewskich. Opracowane przez nich konkursy dodawały atrakcji tej pięknej, niezapomnianej imprezie.

Sport łączy nauczycieli, pozwała zapominać o troskach i trudach dnia codziennego.

Po rezygnacji z funkcji przewodniczącego kol. Pajewskiego, funkcję tę pełnił krótko kol. Stanisław Feiner, kol. Danuta Kubicka, kol. Stanisław Prokopczuk, a dziś kol. T. Dubrowski organizując sporadycznie imprezy sportowe – piłka nożna, kosz, siatka, tenis stołowy.

W latach pięćdziesiątych (1954) za sprawą animatorów sportu młodzieżowego i nauczycielskiego - kol. Czesława Pajewskiego i piszącego – przy Oddziale Zarządu ZNP Lęborku powstaje sekcja sportowa (protokół zebrania, wrzesień 1954 r. LO Lębork) propagując rozwój sportu w ogniskach nauczycielskich; zaś w latach sześćdziesiątych (1964) nastąpiło odrodzenie MKS "Wiedza", ale już jako ZNP „Wiedza" przy Zarządzie ZNP Lębork. Między innymi pod nazwą ZNP „Wiedza" do dnia dzisiejszego firmuje uczestnictwo nauczycieli w imprezach sportowych na różnych szczeblach.

Niekwestionowanym absolutnie działaczem sportowym był – dziś już nieżyjący kol. Józef Libich, który był udzielającym się i bez reszty oddanym w różnych klubach sportowych i ich sekcjach. Był zawsze obecny tam, gdzie potrzebowano pomocy organizacyjnej:

-        1945 r. współzałożyciel ZZK KS "Kolejarz" Lębork – skarbnik;

-        1949 r. współzałożyciel KS "Ogniwo" Lębork - mierzący czas uderzając w gong na meczach bokserskich; 1

-        1964 r. współzałożyciel KS "Wiedza" Lęborku

-        wspomagał prof. Stanisława Gołąba (Liceum Pedagogiczne typu wf Lębork) w organizowaniu zimowo-letnich obozów sportowych dla młodzieży;

-        kierownik biura zawodów na imprezach sportowych, m.in. skrupulatnie nadzorował punktację poszczególnych dyscyplin sportowych na różnych szczeblach organizacyjnych; – opracował KRONIKĘ SPORTU LĘBORSKIEGO 1945-1986 r., z której do dziś korzystają działacze sportowi przy opracowywaniu referatów na obchody jubileuszy swoich klubów.

Kol. Józef Libich na równi kochał pracę (długoletni księgowy w Inspektoracie szkolnym i Liceum Pedagogicznym w Lęborku), rodzinę, jak i sport. Miał grono wielkich przyjaciół, z którymi spędzał swój wolny czas na przeróżnych imprezach (nie tylko sportowych).

Zmiana administracji województw w 1975 roku nie przeszkodziła w realizacji kalendarza imprez sportowych przyjmując formę festynów sportowych współzawodnictwa między Oddziałami ZNP miast woj. słupskiego. Był to wspaniały pomysł prezesa Okręgu ZNP kol. Danuty Jędrasik; potem tę pałeczkę przejęła kol. Prezes Halina Gessy ze Słupska.

Atrakcją dodatkową była realizacja programu imprez w plenerze (rybołówstwo, malarstwo, tańce, śpiewy chóralne) oraz dyscypliny sportowe – siatka, kosz, strzelectwo, tenis stołowy w zależności od warunków jakimi dysponował Oddział ZNP – organizator festynu sportowego. Finałem kończącym współzawodnictwo były zabawy oraz wręczanie dyplomów, pucharów, nagród rzeczowych za zwycięstwa indywidualne i drużynowe.

Sport integrował brać nauczycielską, przecież "przyszliśmy" w roku 1975 z województwa gdańskiego do słupskiego. Początek tej wielkiej przygodzie sportowej dał Jarosławiec – Lębork - Swieżyno k/Miastka.

Po 23 latach wracamy, ale już razem jako powiaty do woj. pomorskiego. Sądzę, że zmiana – po raz drugi – zmobilizuje aktyw sekcji sportowej przy Zarządzie Oddziału ZNP Lębork (jako powiat) pod batutą dzielnego prezesa kol. Jerzego Repińskiego i nawiąże do dawnych tradycji, a być może do jeszcze lepszych i atrakcyjniejszych form czynnego wypoczynku nauczycieli, do których przyłączam się jako emeryt.

Po kol. Tadeuszu Dubrowskim , który próbował nawiązać do dawnych tradycji sportowych Oddziału ZNP sekcji sportowo-kulturalnych, zorganizował kilka imprez, ale komplikacje zdrowotne nie pozwoliły dalej kontynuować rozpoczętego dzieła – a szkoda. Schedę – rok 1975 przejął za namową prezesa Oddziału kol. Jerzego Repińskiego społecznik kol. Roman Rzoska emerytowany nauczyciel wychowania fizycznego z krwi i kości uzdolniony w podwójnej grze – w tenisa stołowego oraz na akordeonie i organach stąd też za namową kierowniczki Klubu Nauczyciela kol. Felicji Bykowskiej, społecznik wyraził zgodę akompaniować Mini Belferkowi – śpiewającym zapartym tchem na "wysokim C" emerytowanym nauczycielom, uzupełniającym programy uroczystościom w Klubie, nauczycielom emerytowanym sekcji Wilno-Grodno-Lwów, emerytom SP 4, emerytom i rencistom w Klubie przy ul. Sienkiewicza prezesom Oddziału Zarządu Ognisk, Komendzie Harcerstwa – seniorom w Lęborku.

Pasjonata gry w tenisa stołowego kol. Roman Rzoska zorganizował turniej w ZSMech. Dla nauczycieli Ognisk w liczbie około 20 członków kobiet i mężczyzn. Przy herbacie i kawie puchary i dyplomy wręczali prezes Zarządu Oddziału kol. Jerzy Repiński i piszący.

Za przykładem tenisa stołowego, zgłosili swój akces zorganizowania mistrzostw w ko metce Szkoła Podstawowa nr 8.

Już wcześniej brydżyści reprezentowali nasz Oddział w VI Mistrzostwach ZNP brydża sportowego w Grudziądzu, zajmując czołowe miejsca w Polsce, ale w roku 2002 prześli sami siebie w składzie:

Kazimierz Gierulski, Bogumił Kozłowski zajęli pierwsze miejsce - "Chwała zwycięzcom, niech żyją pokonani"- Oby takich imprez i sukcesów było coraz więcej.

Dziękujemy "BOLO" Bolesław Bykowski

Tytuł: „On ma być nauczycielem. Cząstka pracy w 47-leciu stażu".
Liczebność zbioru: 1
Autor: Bolesław Bykowski
Ofiarodawca: ZNP oddz.Lębork
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

                                                                                                                                                                                                         Bolesław Bykowski

 

 

                                                                                                           " On ma być nauczycielem.
                                                                                                         Cząstka pracy w 47-leciu stażu".

 

 

Życie moje, to tak jak w piosence „Owe dni wspominać będziesz, nie zapomnisz owych dni". Będąc jednym z pierwszych absolwentów, po 10-miesięcznym kursie Liceum Pedagogicznego w Lęborku ze świadectwem dojrzałości (Nr 20A z dnia 30 lipca 1948 r.), zostałem skierowany nakazem pracy do Paraszyna, gm. Rozłazino, pow. Lębork przez inspektora szkolnego p. Zygmunta Wyckiego (poinformował mnie, że mam się zgłosić u kierownika szkoły p. Antoniego Gackowskiego w Rozłazinie). Po rozmowie z inspektorem wróciłem do Liceum Pedagogicznego, aby pożegnać się z kolegami. Okazało się wówczas, że Kazimierz Hilla, uczeń kl. III oraz zawodnik naszej szkolnej drużyny SKS - LP (piłka siatkowa), mieszka w Rozłazinie na plebanii kościoła, gdzie jego ojciec jest organistą. Tak też do Rozłazina wybraliśmy się razem. Po krótkiej dyskusji i skonsumowaniu podwieczorku w domu u p. Hillów, Kazik odprowadził mnie 0,5 km wskazując trasę 7 km do Paraszyna. Żegnając się z akcentem wypowiadał słowa: „Trzymaj się prawej strony lasu. Nie zbaczaj, a dojdziesz do celu". Rozeszliśmy się, jednakże po czasie jeszcze raz odwróciłem się, ale Kazika już nie widziałem.

Na piątym kilometrze (być może), kiedy odpoczywałem zobaczyłem orne pola, łąki oraz dym unoszący się zza lasu, a opodal gospodarza bronującego jednym koniem połać pola. Pozdrowiłem go: Szczęść Boże, odpowiedział: Bóg zapłać. Ośmielony zapytałem: Czy daleko do Paraszyna, do szkoły? Wyjaśnił, że czeka mnie jeszcze dalsza wędrówka: 1,5 km do Paraszyna, a do szkoły 2,5 km. Jednakże pomagając mu wrzucić brony i swoją walizkę na wóz w dalszą moją „podróż życia" wyruszyliśmy już razem. Podczas jazdy dowiedziałem się, że szkoła jest spalona. Aktualnie gmina przygotowuje szkołę w budynku tzw. pocelnym po „Granschucie" (przed wojną przebiegała tu granica polsko-niemiecka). Na rozmowie czas szybko przeleciał, gdy zatrzymaliśmy się na mostku rzeki Łeby obok posesji sołtysa Józefa Kleiny i żony jego Heleny, którzy pracowali przy drewnie na opał. Kiedy zszedłem z wozu i podziękowałem woźnicy (jak się później okazało p. Bulmanowi, którego dziecko uczęszczało do szkoły) sołtys na mój widok podniósł głowę i patrząc na mnie oraz swoją żonę radosnym głosem powiedział: „Zdrzy białka szkony idze". Przestali pracować, zaprosili do wnętrza domu, gdzie panował półmrok i zapalili – ku mojemu zdziwieniu – lampę naftową. Na płycie żelaznej kuchni w żelaznym garnku unosiła się para ciepłej wody. Szybko się umyłem słysząc głos gospodyni zapraszający do stołu. Byłem głodny, zmęczony po tak długiej marszrucie i mnogości wrażeń. Kolację jednakże pamiętam z detalami – chleb, masło swojskie, tzw. zimne nóżki („zilz"), ogórkowe pikle i pytlowana szynka suszona w piecu po wypieczonym chlebie oraz kawa z mlekiem. Była to wprost uczta po internackim jedzeniu dająca zapomnienie o lampie naftowej.

Paraszyńska pierwsza noc wydawała się być jedną z najdłuższych w mym życiu. Nie mogłem zasnąć. Myślałem o szkole: „Jak wygląda? Jaka jest?". Obok mnie leżał sołtys, który owej nocy nie był skory do rozmowy. Był bardziej tajemniczy i nieufny. Ja jednak, czując się bardzo niepewnie i samotnie zacząłem się mu jednak zwierzać – Urodziłem się w Tarnopolu, ojciec mi zmarł w 1940 r., gdy miałem 12 lat. Brat mój Eugeniusz mając 18 lat został żołnierzem I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki i szturmował Berlin, a ja mając 16 lat chciałem bardzo walczyć. Przekroczyłem granicę w Rawie Ruskiej i w Lublinie w oddziale gospodarczym przy sztabie generała Berlinga robiłem buty na front, a wieczorami chodziłem na kurs szoferski. Moja matka Olga była bardzo odważną kobietą. Na podstawie numeru poczty polowej z Tarnopola do Międzylesia pod Warszawą dotarła na front do ziemianki brata Eugeniusza. W drodze powrotnej odwiedziła mnie w Lublinie błagając, żebym nie szedł na front, mówiąc: A jak Gieniu zginie z kim ja zostanę?

Sołtys się ożywił, zaczął opowiadać o Paraszynie, o napływowej ludności kaszubskiej z pobliskiego Tępcza, o miejscowej ludności niemieckiej w Łówczu Dolnym, Średnim i Górnym. O tragedii w pobliskim lesie, gdzie właściciel majątku zamieszkujący XVIII-wieczny dworek – p. Kobus – w obawie przed represjami ze strony Armii Czerwonej uśmiercił żyletką trzy córki, żonę i siebie. Poderżniętego 16-letniego syna Heinza Kobusa sowieci odratowali, jednak na jego szyi pozostała wielka szrama (Uczyłem go na kursie dla analfabetów).

Rano, po śniadaniu, sołtys zaprzągł jednokonny powóz i udaliśmy się w kierunku Porzecza. Jechaliśmy równolegle z prądem malowniczej pradoliny rzeki Łeby, gdzie lodowiec ukształtował rzeźbę krajobrazu po obu stronach rzeki o znacznych wysokościach. Po lewej stronie drogi minęliśmy zgliszcza byłej pięknej szkoły, z prawej strony wzgórze – miejsce, gdzie stoi krzyż i miejsce egzekucji rodziny Kobusów oraz wzgórze, gdzie już podczas nauki demonstrowałem zjazdy na nartach.

Po przejechaniu 100 metrów stanęliśmy przed budynkiem „pocelnym", przyszłą szkołą. Widok, który przed nami się roztaczał nie był przyjazny... Cztery ściany i zdewastowana podłoga – przyszła szkoła, w której brakowało nie tylko okien i drzwi. Ale to nas, a przede wszystkim mnie, nie zniechęciło. Już na miejscu udało nam się załatwić woźnego do opieki nad przyszłą szkołą p. Michała Miotka, człowieka z wielodzietną rodziną. Nie ukrywam, że dla mnie był to początek dalszych perypetii lokalowych.

Za rzeką idąc lasem do szkoły, w miejscowości Tępcz mieszkał p. Józef Wąsiewski z żoną lwowianką która pokrzepiła mnie na duchu i wspólnie wyrazili zgodę na dwutygodniowy mój pobyt u nich – wraz z wyżywieniem – do czasu wyremontowania pomieszczeń przy szkole u państwa Bobkowskich.

Jadąc później do gminy (Rozłazino) w Nawczu załatwiliśmy u kierownika szkoły p. Jana Wolskiego (dr pedagogiki, wykładowca PAP w Słupsku w latach 60) ławki szkolne, które zobowiązał się dostarczyć do Porzecza. W gminie zastaliśmy wójta p. Stefana Gabrysia. Po wypowiedziach można było zorientować się, że jest sympatycznym, odpowiedzialnym i słownym człowiekiem (m.in. w przeciągu dwóch dni wstawiono okna i drzwi w szkole). W Rozłazinie tegoż dnia, na rachunek gminy, zakupiliśmy lampy, naftę, szczotki, szufelki, materiały kancelaryjne dla kierownika szkoły. Po tak intensywnym dniu, wracając do Tępcza, na twarzach naszych można było odczytać wielkie zadowolenie z załatwionych spraw. Zwłaszcza widać to było wyraźnie u sołtysa. Był to wyskoki, przystojny mężczyzna około 30 roku życia, żonaty i mający pięcioletnią córkę. To on pierwszy zaczął darzyć mnie wielkim zaufaniem i szczerze zwierzył mi się, że jestem czwartym nauczycielem, który tu pozostał. Również opowiedział mi (jak ja to uczyniłem wcześniej) część swojego życia dotyczącego okresu wojny, m.in., że był on zwerbowany do Wermachtu, walczył pod Stalingradem przeżywając piekło wojennej pożogi.

Dnia 15 września 1948 roku zebrały się dzieci w klasie. Było ich 37. Rocznikami podzieliłem je na oddziały o klasach łączonych I-II, III-IV a jedna z dziewczynek – Aniela Miotk – „tworzyła" klasę piątą. Założyłem arkusze ocen, podałem plan godzin. W ten sposób rozpoczęły się pierwsze dni nauki.

Uczyłem dzieci polskie, kaszubskie i niemieckie. ...A przecież te kaszubskie to też polskie. Początkowo były widoczne podziały, ale z czasem zanikły. Zabawy, wycieczki, zawody sportowe zatarły różnice. Ukonstytuował się Komitet Rodzicielski. Przewodniczącą została wybrana żona leśniczego p. Irena Wąsiewska, która dobrała sobie zastępcę i skarbnika. Postanowiono ogrodzić szkołę. Leśniczy p. Józef Skrzypkowski wskazał woźnemu, które sosny można ściąć; sztachety wyrobił młynarz p. Kreft z Dolnego Łowcza, a gwoździe dostarczyła gmina. Wspólnie zbudowaliśmy płot okalający szkołę i dzięki temu dziki z pobliskiego lasu nie miały wstępu na jej teren. Część ogrodzonego terenu wykorzystałem na budowę skoczni w dal, równoważnię i słup do wspinania się. Była to alternatywa na brak sali gimnastycznej.

W listopadzie tegoż roku wizytował szkołę inspektor szkolny p. Zygmunt Wycke, który był (nie chwaląc się) podbudowany moją postawą. Był on na lekcji języka polskiego w kl. I, kiedy wprowadzałem literkę „d" poglądowo i analitycznie na narysowanym na brystolu rysunku. Uczyłem wówczas wszystkich przedmiotów, łącznie z religią. Po omówieniu pracy organizacyjnej i dydaktyczno-wychowawczej szkoły zobowiązał mnie do zorganizowania: kursu dla analfabetów, klasy siódmej dla pracujących oraz biblioteki dla młodzieży i dorosłych. Po obiedzie, przygotowanym przez moją matkę Olgę, inspektor szkolny został odwieziony powozem konnym na stację kolejową do Strzebielina.

Wspomniałem o matce Oldze, która transportem repatriacyjnym została skierowana do Bytomia, a na mój list – pod koniec września – zareagowała, tak jak każda matka. Przyjechała do mnie, do Paraszyna. Przyznaję, że płakała rzewnymi łzami na widok tego co zastała w Paraszynie, jednakże rozumiała co w obecnych czasach znaczył nakaz pracy. Chciałbym zaznaczyć w tym miejscu, że do szkoły należała łąka i ziemia, której część dzierżawił jeden z miejscowych gospodarzy. W zamian za dzierżawę przekazał mojej matce do hodowli kurczaki, gęsi i prosięta. Natomiast wójt gminy za to, że zorganizowała Koło Gospodyń Wiejskich i zabawy w dworku dla miejscowej ludności w nagrodę przekazał Jej kozę z koźlętami. Na nudy nie było czasu zwłaszcza, że dochód z zabaw wykorzystywany był na wycieczki do Gdyni, Malborka, a z czasem i do Warszawy.

Zgodnie z zaleceniami inspektora zorganizowałem kurs dla analfabetów i 42 osób w wieku 16-60 lat, który odbywał się przy lampach naftowych trzy razy w tygodniu od godz. 18 do 20. Uczyłem liter oraz rachunków. Zachęcałem do nauki poprzez inscenizowanie wybitnych utworów klasyki polskiej (m.in. „Balladynę", „Świteziankę", „Gospodarz to ja"). Po przedstawieniach, wspólnie z Komitetem Rodzicielskim, organizowaliśmy w szkole zabawy taneczne, z których dochód przeznaczony był na organizowanie wycieczek dla młodzieży szkolnej do Gdyni, Gdańska, Sopotu.

Pewnego dnia otwierają się drzwi szkoły, a w drzwiach stoją członkowie Powiatowej Komisji do spraw walki z analfabetyzmem z jej przewodniczącym Antonim Korczem (wcześniejszym moim nauczycielem) – zawodnik i sędzia piłkarski – wspaniałym erudytą o bogatej wyobraźni i fantazji. To on przemawiał do kursantów, a oni słuchali go z zapartym tchem. Tegoż dnia wszyscy wychodzili ze szkoły z zadowoleniem, i słuchacze-kursanci, i wizytatorzy.

Szkoła nawet przy lampach naftowych była ogniskiem nauki, kultury i zabawy. Dowodem tego były Jasełka, których wykonawcami była starsza i młodsza młodzież. To Jasełka integrowały zróżnicowane społeczeństwo, o którym już wcześniej wspominałem.

       Miłym akcentem zakończyły się Jasełka 1948 r. Do naszego pokoju, który był jadalnią, sypialnią, kancelarią i biblioteką, wkroczyli Kaszubi – mężczyźni w ilości około 12 – i mojej matce Oldze wręczyli mikołajkowe upominki w postaci słoniny, kiełbasy, masła, chleba oraz... skarpet itp. Z woźnym – w tym czasie – gasiliśmy lampy, zamykaliśmy klasę. Później, wchodząc do pokoju, ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem radosne twarze mężczyzn i sołtysa, który w imieniu rodziców powiedział: „Szkolny Ty je nasz".

Na wiosnę 1949 roku miejscowi gospodarze przygotowali glebę pod zakontraktowany len, a ja nauczyłem się przy nich kosić kosą łąkę. Rewanżowałem się im pisaniem podań, próśb do gminy i powiatu.

W gminie Rozłazino zostałem wybrany na przewodniczącego LZS. Organizowałem imprezy propagandowe w piłce nożnej pomiędzy LZS - KS "Ogniwo" Lębork (w drużynie, w której grałem) oraz pokazowe wałki bokserskie z udziałem ucznia Ignacego Nawrockiego – późniejszego trenera młodzieżowej kadry narodowej Polski. Sukcesem zakończyła się organizacja ZSL, natomiast fiaskiem Spółdzielnia Produkcyjna. Być może słusznie, gdyż w latach pięćdziesiątych rozpadły się jedyne dwie Spółdzielnie w Bukowinie i Garczegorzu.

Z zabawniejszych wspomnień pozostał w mej pamięci wyjazd do Rozłazina po zakup mięsa na kartki. Niestety zastałem zamknięty sklep, udałem się więc na plebanię do proboszcza księdza Michała Fuglewicza, który wręczył mi 38 katechizmów do nauczania religii, w tym jeden dla mnie, a mą zmartwioną twarz rozjaśnił lampką smacznego wina i trzema kilogramami mięsa, mówiąc: Jeśli ci zabraknie... przyjeżdżaj!"

Zarówno do Związku Nauczycielstwa Polskiego, jaki do kasy zapomogowo-pożyczkowej zapisałem się w październiku 1948 r., czyli równo pięćdziesiąt pięć lat temu, pełniąc różne funkcje społeczne.

Pierwszą pensję nauczycielską otrzymałem w grudniu 1948 roku za cztery miesiące (licząc wstecz). Natychmiast z matką Olgą udaliśmy się do Wejherowa, żeby się chociaż częściowo ubrać. Wojna strawiła nam wszystko. Rozpoczynaliśmy powojenne życie od zera. Wakacje letnie oraz ferie zimowe w okresie trzech lat pracy w Porzeczu wykorzystywałem na doskonalenie zawodowe, m.in. na kursach centralnych z zakresu wychowania fizycznego i sportu, jak również pracowałem jako wychowawca kolonijny.

Dziś z przyjemnością spotykam uczniów lub rodziców, których uczyłem m.in. w Porzeczu: płk Marynarki Wojennej Józefa Wąsiewskiego, panią Halinę Pruską z domu Treder (ekonomistka) oraz jej dzieci /LO w Lęborku/ – Mariolę Pruską archeologa i byłą koszykarkę MKS-u Lębork oraz Jarosława Pruskiego (AWF Gdańsk), którego młodzieńcze fascynacje sportem, a przede wszystkim piłką siatkową przerodziły się w zawodową pasję życiową oraz mgr inż. leśnika Antoniego Licała (sędzia piłkarski).

W odległym, jak dla mnie, Porzeczu nie byłem osamotniony. Przyjeżdżali, współczuli i dodawali otuchy ludzie, z którymi zakładałem MKS „Wiedza" Lębork – mgr Albert Staniszewski, inż. Bonifacy Przybyła; koledzy z młodszych klas, z którymi grałem w drużynie: Kazimierz Hilla, Eugeniusz Burzycki; praktykanci m.in. Henryk Śpiewak, Klemens Derkowski oraz mgr Stanisław Gołąb – wielki mój przyjaciel, który pełniąc funkcje inspektora wychowania fizycznego i sportu w Inspektoracie Szkolnym w Lęborku skierował mnie w roku szkolnym 1951/52 na Wyższy Kurs Nauczycielski z zakresu wychowania fizycznego do Wrocławia.

O trzyletniej pracy 20-letniego nauczyciela w nowo założonej – od podstaw – szko­le w Porzeczu napisałem sporo dlatego, że była to szkoła mego nowego, powojennego życia w nieznanym środowisku – Kaszubów. Uczyłem dzieci i ich rodziców, którzy byli mi za to wdzięczni i bardzo życzliwi. Opuszczając ich i Porzecze, udając się do Wrocławia, płakali.

Kiedy ponownie, w lipcu 1998 roku, odwiedziłem moją pierwszą założoną szkołę bardzo się ucieszyłem, gdyż ujrzałem zadbany obiekt. Powstało tu Leśne Schronisko „Łowców Przygód" - miejsce wypoczynku dzieci i młodzieży.

 


 

 

 

 

 

 

                                                    

 

Tytuł: Kardan - Wał Kardana _ Klub pod 4 - MOK Lębork
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1990
Miejsce zdarzenia: Lębork
Rodzaj: Video
Umieszczone w OSA: NIE

Losy Lęborskiego ośrodka kultury jako poniemiecka spuścizna, chyba bez wartości dla powojennego miasta skoro tak się z tym rozprawili.Nigdzie nie znalazłem zdjęcia od frontu tego kina przed zburzeniem, ale na zdjęciu ze skrzyżowaniem widać w oddali boczną ścianę tego obiektu.Gra zespół Kardan z Lęborka, koncert zarejestrowany na dwóch zdjęciach odbył się prawdopodobnie w 1990 roku.

                                         Link do filmu:https:

                                                                       //www.youtube.com/watch?v=CRsASmbn-e4

Tytuł: Lęborskie kolejnictwo minionej epoki _ J&J - Stracone dni
Liczebność zbioru: 1
Miejsce zdarzenia: Lębork
Rodzaj: Video
Umieszczone w OSA: NIE

Pamiętam jakim oknem na świat było PKP w PRL-u i dworzec kolejowy w Lęborku na pierwszym zdjęciu.Wjeżdżająca lokomotywa z pełnym składem osobowym na peron, panika żeby złapać miejsce do siedzenia i buchająca parą lokomotywa.W dalszej podróży liczne przesiadki i w czasie postoju kolejarz odbijający klocki hamulcowe od kół.Nie wspomnę o tak zwanym "zrywie" lokomotywy przy ruszaniu czy podziwianiu długiego składu na łuku z lokomotywą na przedzie. Zdjęciom dodałem trochę świeżości, które pochodzą w znacznej części z kolekcji Krzysztofa Brychczyńskiego, myślę że tylko autor zdjęć może stwierdzić które zrobił sam.Oczywiście poza pierwszym bo jest przedwojenne.Słowa i muzyka - J. Rośilk Wykonanie: J&J - J.Roślik i J.Kędzierski

Oto link do filmu:   

                                           https://www.youtube.com/watch?v=UA-JEFemm24

Tytuł: Lębork - czy w tym mieście mogło powstać muzeum kolejnictwa ?
Liczebność zbioru: 1
Rodzaj: Video
Umieszczone w OSA: NIE

Od strony technicznej na pewno, ale kto by to ogarnął.Jakoś w tym mieście sprawy kulturalne w owym czasie były na ostatnim miejscu.Szkoda ,że wszystkie obiekty kolejowe zostały zniszczone bo obecnie dworzec wyglada ja w małym prowincjonalnym miasteczku.Małe zaplecze techniczne pozwoliło by na utrzymanie linii kolejowej z Łebą ,nawet ze składem retro , a to już by była promocja miasta.Może wciąż pokutuje myśl, że to nie nasze to" po niemieckie"? Materiał zdjęciowy muzeum na Śląsku otrzymałem od kolegi Stefana Wekera, pilota i miłośnika parowozów. Podkład muzyczny J.Roślik

 

 

A to link do fimu- zdjęcia z Lęborka są pod koniec :

                                                                      https://www.youtube.com/watch?v=IT2yhkn7CYg

Tytuł: Lęborska Fregata - RH Blues 1997 rok
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1997
Miejsce zdarzenia: Lębork
Rodzaj: Video
Umieszczone w OSA: NIE

Dni Fregaty jaką pamiętamy z lat młodości były już policzone.Była to jedna z ostatnich imprez przed przekształceniem tego miejsca w Dyskotekę.Impreza pod nazwą "Dzieci dzieciom" i pierwszy występ RH Blues z nowym perkusistą.Wiesiek karpik - perkusja ,Sławek Cieślikowski - bas , Jarek Roślik - gitara.

A to link do zapisu koncertu :                       

                                                                 https://www.youtube.com/watch?v=wzi7PaOR-uk

Tytuł: Jarmuła - Stare fotografie.
Liczebność zbioru: 1
Autor: Jarmuła ?
Okres: nieustalony
Miejsce zdarzenia: Lębork
Rodzaj: Video
Umieszczone w OSA: NIE

Oto link do filmiku pokazującego Lębork w PRL-u

                                                                      https://www.youtube.com/watch?v=pUwMb_ny-Wg

 

 

Tytuł: Lębork-Quiz
Liczebność zbioru: 1
Autor: nieznany
Okres: nieustalony
Miejsce zdarzenia: Lębork
Rodzaj: Video
Umieszczone w OSA: NIE

Lębork _Quiz - Czy wiesz gdzie jest to miejsce lub gdzie był ten budynek w Lęborku?

Oto link do filmiku z zagadkami:

                                                                              https://www.youtube.com/watch?v=qs6n5x99JWQ

Tytuł: Józef Panczocha
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1945-1950
Rodzaj: Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

                                                                                                                                              Józef Panczocha

 

                                                                                                  WSTĘP

 

     Należę do pokolenia, które weszło w ostatnią ćwiartkę stulecia. Okres w którym żyję, obfitował w bardzo dużo wydarzeń w moim życiu,związkowym, narodowym i międzynarodowym. Wydarzenia te kształtowały mój stosunek do ludzi i zjawisk mnie otaczających.

        Pisząc wspomnienia, a nie pamiętnik, muszę uwzględnić te wszystkie czynniki.

        Niektóre zdarzenia przechodzą obok nas jak woda w rzece a inne pozostają w naszej pamięci na zawsze. Te drugie kształtują nasz charakter - są jak słupy granicz­ne wyznaczające nasze terytorium.

 

OKRES DZIECIŃSTWA I MŁODOŚCI

 

        Moi rodzice i ich rodziny pochodzą z poznańskiego. Rodzina matki należy do grona Polaków z poznańskiego, którym Prusacy zabronili budować domu z kominem. Dziadek sprzedał gospodarstwo / 30 ha / i kupił dwa inne na Kaszubach: jedno około 60 ha, a drugie około 40 ha. Matka w wianie otrzymała działkę około 30 ha.

        Ojciec - to typowy robotnik z majątku ziemskiego. Od 18 do 40 roku życia - robotnik Zakładów Kruppa. W czasie I wojny światowej walczył na różnych frontach po stronie Niemiec. Pod koniec wojny zaginął.

        Rodzina i przyjaciele matki namówili ją, aby sprzedała gospodarstwo i razem z jednym dzieckiem żyła z odsetek. Inflacja po I wojnie światowej była tak wielka, że wartość 30 ha gospodarstwa, w ciągu tygodnia, równała się wartości 1 kg masła.

 

        Po dwóch latach, po zakończeniu wojny, wrócił ojciec. Nie "zastał", niestety, ani gospodarstwa, ani zainwestowa­nych pieniędzy, (około 6 tys. talarów w złocie), które zarobił u Kruppa. Pieniądze ojca jak i wielu innych Polaków, „poszły” na broń wykorzystaną na wojnie z bolszewikami (1 920 r.) Wydarzenia z tego okresu zasadniczo wpłynęły na naszą rodzi­nę i jej stosunek do życia.

        Mój pierwszy słup graniczny, który głęboko pozostał mi w pamięci, to wiek 6 lat i 8 miesięcy. W tym wieku po raz pierwszy jechałem pociągiem do pracy. Mojej mamie zabrakło pie­niędzy na bilet dla mnie (dzieci do 4 lat nie płaciły). Konduktor ocenił mnie na lat 6 i z wielkim uporem doma­gał się zapłaty za mój przejazd. Na jednej ze stacji PKP wsiadł bardzo dystyngowany pan. Nowy pasażer zapytał się o co chodzi? Konduktor objaśnił, że „pani jedzie z dzieckiem które nie ma biletu, a ma około 6 lat”. Wtedy nieznajomy odpowiedział: "panie konduktorze - pan zna się na kolei, a ja znam się na dzieciach, (pewnie nauczyciel)/ ten dzieciak ma najwyżej 2 lata".

        I tak szczęśliwie dojechałem do miejsca swojej przyszłej pra­cy.

        W mojej pierwszej zarobkowej pracy byłem jednym z czte­rech pełnoprawnych parobków. Gospodarz był dobry i dbał, aby każdy miał zajęcie od wczesnego ranka do późnego wieczoru. Płacił rzetelnie za dobrą pracę i za złą pracę.

        W czasie okupacji niemieckiej do szkoły nie uczęszczałem. Moja wydajność jako parobka wyraźnie wzrosła. W sierpniu 1944 roku Niemcy wywieźli całą naszą wioskę (Jastrzębie, gmina Dziemiany, powiat Kościerzyna). Wioska była położona głęboko w lesie i była dobrym zapleczem dla partyzantów. Cała ludność z Jastrzębia została przewieziona pociągiem do Gdańska i „wyładowana” na starym dworcu PKS. Rodziny, w których był dorosły mężczyzna szybko znalazły nabywców, a moja „cząstka” rodziny (3 osoby) składająca się ze schorowanej 50-letniej matki, mnie - niezbyt wyrosłego 15 latka i znacznie młodszego brata, nie stanowiła atrakcyj­nego towaru. Po trzech dniach zabrał nas Niemiec Falke ze wsi (obecnie) Cięstocin, gmina Przywidz, powiat Gdańsk. Podczas oczekiwania na kupca spotkało nas miłe wydarzenie. Po drugiej stronie kanału raduńskiego (przy dawnym dworcu PKS) mieszkała polska rodzina gdańszczan, która nas karmiła. Dzisiaj oddaję najgłębsze podziękowanie tej najbardziej bo­haterskiej rodzinie gdańszczan.

        Gospodarz Falke okazał się bardzo przyzwoitym człowie­kiem.

        Tak przykre wydarzenie, (wywózka) a tyle doświadczeń o różnym zabarwieniu. Wcześniej uważałem, że wszyscy Niemcy to złodzieje i najbardziej okrutni zbrodniarze. Pan Falke i jego sąsiedzi - Niemcy - to przyzwoici ludzie.

        W pierwszej połowie marca 1945 roku zostaliśmy wyzwo­leni przez Armię Czerwoną. Cała nasza trójka wróciła do Jast­rzębia, a tam nie było co jeść, ani na czym spać. Było jednak coś dobrego - z ośmiorga osób rodziny siedmioro powróciło do domu. Tylko brat Jakub nie wrócił z obozu w Sztuthofie.

        Po wojnie rozpocząłem swoją edukację od elementarza. Do Związku Zawodowego wstąpiłem w 1950 roku, tj. do Związku Pracowników Przemysłu Drzewnego i Leśnictwa. Do Związku Nauczycielstwa Polskiego wstąpiłem w 1953 roku. Od czasu wstąpienia do ZNP zawsze pełniłem różne funkcje na wszystkich szczeblach społecznej inspekcji pracy. nigdy nie zdradziłem.

        Na ile znam historie ZNP to uważam, że była ona organizacją niezależną, niekoniunkturalną o określonym naukowym kręgo­słupie ideologicznym. Zawsze służyła człowiekowi szkoły i nauki.

Pionowy system organizacyjny związku ZNP uważam za dobry. Uczestnicząc aktywnie na wszystkich szczeblach organizacji ZNP wyrobiłem sobie zdanie o ich funkcjach, ©gnisko to, jak komórka rodzinna spełnia podstawowe zadania w związku. Ognisko decyduje o ilości organizacji, tworzy odpowiedni klimat i stosunek do swojego związku i szkoły. W ognisku pełniłem wszystkie funkcje / tylko nie sekretarza /. Funkcja prezesa dała mi dużo doświadczenia życiowego i satys­fakcji . Funkję tą objąłem w bardzo trudnym okresie dla szkoły. Załoga była bardzo skłócona. Dyrektor Szkoły, dobrze zorgani­zowany jednak mało dostępny,dla pracowników.

Między dyrektorem a jego podwładnymi istniał wyraźny dystans. Był jednak bardzo sprawiedliwy i w pełni respektował zasadę większości. Wszystkie ważniejsze problemy dydaktyczno-wycho­wawcze i pracownicze podejmował kolegialnie. Bieżące sprawy organizacyjne omawiał i uzgadniał z aktywem szkolnym. Aktyw szkolny to: przewodniczący - dyrektor, zastępcy dyrek­tora, kierownik warsztatów, kierownik internatu, sekretarz POP i prezes ogniska ZNP.

Przed objęciem funkcji prezesa ogniska nastąpiła znaczna wymiana osobowa kierownictwa w szkole. Nowe, mało doświadczone kierownictwo administracyjne i oportunistyczna postawa aktywu społecznego spowodowała bardzo niesprawiedliwy podział nagród z okazji Dnia Edukacji Narodowej.

W szkole aż zahuczało. Znaczna liczebnie grupa niezadowolo­nych napisała zażalenie do władz politycznych, na dyrekto­ra. Ja również należałem do niezadowolonych. Nie byłem auto­rem pisma, lecz jako pokrzywdzony miałem złożyć swój podpis. Pisma nie podpisałem, ponieważ nie zgadzałem się aż w dwóch punktach; po pierwsze życie nauczyło mnie, że wszystkie sprawy należy załatwiać we własnym gronie, po dru­gie w podziale nagród uczestniczył aktyw społeczny. Po bardzo wnikliwej analizie ustalono pisma nie wysyłać, a podczas najbliższych wyborów dokonać zmian przewodniczą­cych organizacji politycznej i związkowej. Zostałem wyznaczony przez grupę na prezesa ogniska i w wy­borach zostałem wybrany prezesem.

Prezesem ogniska w tej szkole byłem przez kilkanaście ka­dencji - aż do czasu zmiany miejsca zatrudnienia. Po objęciu wyżej wymienionej funkcji w mocno skłóconym śro­dowisku zdałem sobie sprawę z trudności i oczekiwań ludzi, które przede mną postawiono. Sięgnąłem po cały swój bagaż doświadczeń życiowych i wyznaczyłem sobie trzy zasadnicze priorytety; na pierwszym miejscu postawiłem pracę zawodową -na tym odcinku muszę być lepszy niż poprzednio, po drugie -nie wolno mi zaniedbać nauki własnej / doganiać lata dzie­ciństwa i młodości /.Na trzecim miejscu postawiłem na sprawy związkowe. Chociaż związek był na trzecim miejscu w hierarchii moich głównych założeń, to nowa funkcja prezesa pochłaniała mi najwięcej czasu na przemyślenia i postanowienia.

Jako wiceprezes ogniska organizowałem dużo wycieczek i zabaw dla na­uczycieli i pracowników szkoły. Jedno i drugie uznawane było za udane - po­stanowiłem to kontynuować. Na każde zebranie ogniska zapraszałem uznawa­nych i ciekawych ludzi. Zmieniłem organizację tzw. szkoleń dydaktyczno-poli-tycznych nauczycieli. Dla podniesienia rangi nauczycieli zawodu (w szkołach zawodowych nauczyciela drugiej kategorii) jedno szkolenie organizowali i pro­wadzili nauczyciele zawodu, a drugie nauczyciele teorii i wychowawcy internatu.

Przede mną stanęły sprawy najtrudniejsze, to jest przydział godzin i zadań dla poszczególnych nauczycieli oraz podział nagród. Doświadczenie podpowia­dało mi, że ten problem jest zasadniczy dla ludzi i on będzie decydował o do­brych stosunkach międzyludzkich, dobrej pracy, pozycji organizacji ZNP i pre­zesa. W tych sprawach prowadziłem rozmowy z każdą nieformalną grupą, z każdą osobą, z każdym kierownikiem i dyrektorem. Zdaniem kierownictwa -nagrody muszą być zróżnicowanej/- dla wszystkich. Po wnikliwych konsulta­cjach uznałem, że trzech osób nie da się obronić, trzy osoby nie otrzymają na­grody. Po tych ustaleniach jeszcze raz spotkałem się z nieformalnymi grupami i przedstawiłem propozycję: każdy otrzymujący nagrodę składa się po 5 zł dla osób, które nagrody nie otrzymują - propozycja została przyjęta. W dniu wypła­ty nagród stanąłem obok kasjerki i zbierałem owe 5 zł. Sprawą zainteresował się dyrektor (pan Józef Klawikowski - wielka postać) i też złożył „daninę".

W 1967 r. zostałem przeniesiony do nowo powołanej szkoły na funkcję kierownika warsztatów. Otrzymałem do dyspozycji kilkuset uczniów, bez eta­towych nauczycieli zawodu, bez administracji, bez budynków itd. Po 23 latach pracy odchodząc na emeryturę oddałem zakład, który zatrudniał 19 etatowych nauczycieli zawodu, 37 pracowników administracyjno-obsługowych i produk­cyjnych. Warsztat dawał największą produkcję spośród wszystkich warsztatóww ówczesnym województwie słupskim. Dzisiaj na miejscu dawnych budynków szkolnych (warsztatu) hula wiatr i pasą się zające. Muszę tu podkreślić, że osią­gnięcia warsztatów były możliwe dzięki dużemu zaangażowaniu całej załogi, dzięki dobrej współpracy ze wszystkimi dyrektorami szkoły, to jest dyr. dyr. Edwardowi Zamirowskiemu, Benedyktowi Dybowskiemu, Józefowi Wiktorowiczowi i Franciszkowi Formeli.

Chcę tu zaznaczyć bardzo przyjazny stosunek do warsztatu władz miasta i powiatu oraz Kuratorium Gdańskiego i Słupskiego.

Chcę w tym miejscu serdecznie podziękować za dobrą współpracę kol. kier. Zbigniewowi Tyczyńskiemu. Chociaż każdy z nas był inny, każdy wycho­wywał się w innym środowisku, każdy z nas pochodził z innej dzielnicy Polski (Zbyszek - „bosy czubek" ze Wschodu, jaz rodziców poznaniaków, a z urodze­nia i przekonania „zahukany" Kaszub). Zbyszek z bagażem doznań od sąsiadów Polski ze Wschodu, ja z takim samym doświadczeniem, tylko od sąsiada z Za­chodu. Mimo tych skrajnych doświadczeń umieliśmy ze sobą dobrze współpra­cować, rozmawiać bez emocji na każdy temat, analizować obiektywnie wszyst­kie wydarzenia, oceniać i wyciągać wspólne wnioski wobec współpracowników, wobec naszych przyjaciół i przeciwników.

W 1990 r. razem z kol. Zbyszkiem „odeszliśmy" na emeryturę. Odejście na emeryturę odbywało się już w nowych warunkach. Kol. Zbyszek (ze swoim bagażem doświadczeń) gorliwy wyznawca „Solidarności", ja - ZNP. Pożegna­nie mieliśmy jednak wspólne, zorganizowane przez szkołę. Kol. Zbyszek posta­nowił nie pójść na spotkanie, a ja, uparty Kaszub, poszedłem bez prawa zabiera­nia głosu. Razem było nam bardzo „wesoło". Wspólnie analizowaliśmy to wy­darzenie i żal nam było, że nie mogliśmy być nauczycielami LO w Lęborku -tam żadnego emeryta za bramę nie wyrzucano.

Wracam do tematyki związkowej. Z mego doświadczenia wiem, że aby być autentycznym działaczem społecznym związku, trzeba traktować pracę za­wodową zawsze na pierwszym miejscu. Dobre osiągnięcia w pracy zawodowej przekonują współpracowników do autentyczności działacza aktywisty związko­wego. Z kolei praca społeczna w związku daje dużo zadowolenia, kształci cha­rakter i dojrzałość człowieka.

Obejmując funkcję kierowniczą w szkole musiałem w sposób naturalny odłożyć pracy związkową w ognisku. Nie było to dla mnie trudne, gdyż już po­przednio pełniłem funkcję społecznego inspektora pracy w oddziale ZNP.

W 1980 r. zostałem wybrany prezesem Oddziału ZNP w Lęborku, a na­stępnie wiceprezesem Zarządu Okręgu w Słupsku. Okres mojej prezesury Od­działu był krótki (do stanu wojennego), ale bardzo stresujący i wymagający du­żego hartu.

Po wybraniu mnie na prezesa Oddziału ZNP w Lęborku, koleżanka prze­wodnicząca „Solidarności" zaproponowała mi spotkanie, aby omówić wspólne działania w interesie nauczycieli i oświaty. Uzgodniliśmy, że spotkanie odbę­dzie się w miejscu mojej pracy. Z uwagi na znaczną odległość między miejscem zamieszkania kol. przewodniczącej a miejscem mojej pracy, na dwie godziny przed spotkaniem zatelefonowałem do koleżanki z propozycją, że przyślę po nią samochód. Koleżanka przewodnicząca oświadczyła, że do mnie nie przyjedzie i poprosiła, abym przyjechał do miejsca jej pracy - zaproszenie przyjąłem. W spotkaniu nie miały uczestniczyć osoby trzecie.

Gdy przybyłem na spotkanie, stwierdziłem że po drugiej stronie jest kil­kunastoosobowy zarząd. Spotkanie nie miało nic wspólnego z ustaloną tematy­ką, a było bardzo niewybrednym atakiem na ZNP. W trakcie wymiany zdań, część członków spotkania ze strony „Solidarności" wyłamała się ze swojego grona i zaczęła popierać mnie w dyskusji. Spotkanie zakończyło się niczym. W przyszłości miałem się przekonać, że wszystkie, czasami kilkunastogodzinne spotkania, nie przynoszą zamierzonych efektów. Na każde spotkanie w urzędzie czy szkołach „Solidarność" przychodziła zawsze grupowo. Przyznaję, że grupa była zawsze dobrze przygotowana i dyskutowała bardzo twardo i logicznie. Spotkania kończyły się zawsze uzgodnionym stanowiskiem. Cóż z tego – po kilku godzinach otrzymywałem telefon, że uzgodnione stanowisko jest nieważ­ne - masy nie aprobują go. Prywatnie utrzymywałem z członkami „związku" „Solidarność" przyjazne stosunki.

Jeden z kolegów prywatnie powiedział mi: „mamy z góry zalecenia, aby nie iść na żadne układy i trzymać się zasady „im gorzej, tym lepiej". Teraz ro­zumiem. W tym czasie była już grupa przywódcza, która przy pomocy związku „Solidarność" dążyła do wyzwolenia Polski spod dominacji ZSRR. Założenia na pewno bardzo patriotyczne i szlachetne.

Trzeba bezstronnie przyznać rację, że „Solidarność" w znacznym stopniu przyczyniła się do zmiany ustroju społeczno-politycznego w Polsce i Europie. Jej znaczną zasługą jest wyzwolenie Polski i innych krajów Europy spod domi­nacji ZSRR. Nie bądźmy jednak zarozumiali. Obalenie „komunizmu" i uzyska­nie niepodległości Polski w 1918 r. odbyło się w określonych warunkach ze­wnętrznych i w 1989 r. również.

Jak już pisałem, każde wspomnienie jest zabarwione splotem wiedzy, do­świadczeń i ukształtowanego stosunku do otaczającego nas świata. Wszystkie wydarzenie, małe i duże, powstają w określonym otoczeniu. To otoczenie sprzyja lub przeciwdziała temu wydarzeniu. „Solidarność" powstawała i działała w czasie jej sprzyjającym.

Aby zrozumieć moje twierdzenie, muszę zaznaczyć, że oddzielam „Soli­darność" jako związek zawodowy i „Solidarność" jako ruch społeczny będący narzędziem działania politycznego. W tym miejscu dodaję, że moja wiedza i do­świadczenie każe mi twierdzić, że związki zawodowe jako ogromna siła spo­łeczna były i są zawsze przedmiotem manipulacji różnych kierunków politycz­nych i religijnych. Najbardziej wolnymi ogniwami związkowymi są ogniska ZNP w szkołach. Aby wzmocnić moje twierdzenie, że nic nie dzieje się bez przyczyny, posłużę się elementami wielkiej polityki.

Polska straciła wolność w XVIII wieku w wyniku prywaty magnatów i szlachty polskiej. Nie można mieć żalu do naszych sąsiadów, że nas rozebrali, skoro sami nie dbaliśmy o nasze państwo. Można pocieszać się, że sąsiedzi na­szych zaborców też nie pilnowali własnego interesu w myśl zasady „wróg na­szego sąsiada jest naszym przyjacielem".

Twierdzę, że „Solidarność" powstawała w okresie jej sprzyjającym - we­wnętrznie i zewnętrznie. Dopatruję się pewnych porównań do okresu I wojny światowej. Polska po I wojnie światowej powstała nie z miłości obcych do nas, nawet nie z powodu przegranej militarnej naszych zaborców, tylko w wyniku splotu wydarzeń i mądrości polityki Józefa Piłsudskiego (szkoda, że tej mądro­ści zabrakło Piłsudskiemu i jego następcom po roku 1920). Okres „Solidarno­ści" był sprzyjający dla związku i dla Polski. Początkowo „Solidarność" była związkiem niezależnym, działała w określonych warunkach. Z tego czasu mamy hasło: „socjalizm tak, wypaczenia nie". Hasło było autentycznie przyjmowane przez klasę robotniczą. I drugie hasło (które powstało już po kilku tygodniach od sierpnia 1980): „im gorzej, tym lepiej" (wyraźnie polityczne). Hasła te do­wodzą, że istniała w Polsce dostatecznie mądra i liczna siła umiejąca wykorzy­stać okazję do przemian polityczno-gospodarczych w kraju. Nie bądźmy jednak zarozumiali, że zniszczyliśmy socjalizm - on sam jako niewydolny się zniszczył. Mądrość przywódców opozycji polegała na wykorzystaniu okazji. Dzisiaj wiem, że lata 80. to okres działania politycznego „Solidarności".

Od 1980 r. do stanu wojennego pełniłem funkcję prezesa Oddziału ZNP w Lęborku i w tym czasie żadne najmądrzejsze uzgodnienia z „Solidarnością" nie dochodziły do skutku - to rozumiem „im gorzej, tym lepiej". W moim poję­ciu jako hasło wojenne w pełni usprawiedliwione. Taka postawa przyniosła Pol­sce prawie bezkrwawą wolność. Każda wojna przynosi skutki ujemne.

Do niewybaczalnych należy uznać brak wizji politycznej przemian spo-łeczno-gospodarczych po roku 1989. Żaden wielki polityk nie może być pozba­wiony wizji politycznych przemian i skutków, jakie te przemiany przyniosły.

Jako ostatni prezes sprzed stanu wojennego, w dniu 10 listopada 1982 r. zwołałem w Warsztatach Szkolnych Zespołu Szkół Budowlanych zebranie grupy inicjującej powołanie nowych związków zawodowych. Na pierwsze zebranie przybyło 15 osób z 10 różnych szkół z Lęborka. Zgodnie z ustawą z dnia 8 paź­dziernika 1981 roku o związkach zawodowych, w zakładzie mogła działać tylko jedna organizacja związkowa. To ostatnie stwierdzenie narzuciło tematykę ze­brania. Moim głębokim przekonaniem i pragnieniem było, aby w nowym związku znalazły swoje miejsce wszystkie osoby niezależnie od poprzedniej przynależności związkowej. Jako organizator zebrania zaproponowałem dwa główne tematy do dyskusji:

  1. Jaką nazwę powinien przyjąć nowy związek?
  2. Wybór komitetu założycielskiego.

Pierwszy temat wywołał bardzo ożywioną i ostrą dyskusję. Grupa daw­nych działaczy ZNP obstawała przy nazwie „Związek Nauczycielstwa Polskie­go", a grupa dawnych działaczy „Solidarności" była za inną nazwą nowego związku. Jako przewodniczący zebrania zaproponowałem, aby sprawę odłożyć, ochłonąć i myśleć we wspólnym interesie szkoły i wszystkich nauczycieli i pra­cowników. Od czasu pierwszego spotkania zbieraliśmy się jeden raz w tygodniu i przez 6 tygodni uzgodnienie nazwy organizacji było zawsze gorące.

Jako przewodniczący łagodziłem i odkładałem problem, dając każdej stronie równe szanse. Wszystkie głosowania dotyczące nazwy związku kończy­ły się 50/50 (ja wstrzymywałem się od głosu). Termin następnego spotkania był ustalany na aktualnym zebraniu. Na jedno z kolejnych zebrań zapomnieli przyjść przeciwnicy nazwy ZNP. Przyjęto nazwę ZNP (bez mojego głosu). Wielkość kolegów, którzy zapomnieli o zebraniu była nadzwyczajna - nie sprzeciwili się nowej (ZNP) nazwie. To była dobra lekcja demokracji.

Drugi temat nie był tak emocjonalny. Do komitetu założycielskiego wy­brano 10-osobowy skład. Przewodniczącym zespołu został Józef Panczocha, a sekretarzem Marian Radocha. Opracowano statut nowego Związku Nauczy­cielstwa Polskiego. Związek Nauczycielstwa Polskiego reprezentował wszyst­kich nauczycieli i pracowników zatrudnionych w oświacie w Lęborku. Do reprezentowania związku przy rejestrowaniu organizacji w Sądzie Wojewódzkim w Słupsku zostali upoważnieni Józef Panczocha i Jan Przycho­da. Związek zarejestrowano w dniu ^.rrJt.^f...!^?.^ "

 

Działalność Związku Nauczycielstwa Polskiego w latach 80.dwudziestego stulecia

Od 1982 roku Związek Nauczycielstwa Polskiego jest znowu jedyną, ofi­cjalną organizacją związkową reprezentującą interesy pracowników oświaty.

W krótkim czasie ogniska ZNP powstają prawie we wszystkich szkołach i placówkach oświatowych Lęborka, nawet w tych szkołach, gdzie w czasie ofi­cjalnej działalności „Solidarności" ognisk ZNP nie było. Do związku zapisywali się dawni członkowie ZNP i „Solidarności". „Solidarność" jako związek oficjal­nie nie działała. Nie jest mi wiadomo, aby organizacja ta lub jej członkowie byli z tego tytułu prześladowani w szkołach w Lęborku. Na przykład w Warsztatach Szkolnych Zespołu Szkół Budowlanych przedstawiciele „Solidarności" na rów­ni z przedstawicielem ZNP uczestniczyli w zespole kierownictwa zakładu.

Aby zrozumieć działalność związków w latach 80. ubiegłego stulecia, muszę znowu odwołać się do mojej skromnej wiedzy historycznej i doświad­czeń życiowych. Po utracie niepodległości (z naszej winy) w osiemnastym wie­ku, po zrywach przegranych walk o niepodległość (powstanie listopadowe, styczniowe), po przegranej wojnie 1939 roku, po układzie w Jałcie i poczdam­skim, wszystkie liczące się siły polityczne i politycy doszli do przekonania, że na pierwszym miejscu muszą stawiać na niepodległość Polski, nie mogą jednak liczyć na nikogo z zewnątrz. Aby osiągnąć ten cel, muszą nastąpić równocześnie dwa wydarzenia, tj. walka wewnętrzna musi zgrać się z wydarzeniem zewnętrz­nym. Takie zdarzenia nastąpiły w 1918 roku i w latach 80. minionego stulecia. Nikt przecież nie wierzy, że M. Gorbaczow chciał rozpadu ZSRR (naszego dru­giego okupanta). Związki- zawodowe lat 80. były wyraźnie polityczne.

„Solidarność" w tym okresie działała jako radykalna siła polityczna i dzięki jej zdecydowaniu i sprzyjającym warunkom zewnętrznym (upadek ZSRR) doszło najpierw do Okrągłego Stołu, a w 1989 r. do wygrania wyborów parlamen­tarnych i w konsekwencji do zmiany ustroju polityczno-gospodarczego. Związki zawodowe zrzeszone w OPZZ postępowały bardziej zachowawczo, były jednak wyraźnie polityczne.

Lata dziewięćdziesiąte, to dalsze upolitycznienie związków zawodowych. Żaden rząd w Polsce nie mógł istnieć bez wyraźnego poparcia określonej orien­tacji związków zawodowych. Taka sytuacja miała bardzo negatywny wpływ na sprawy państwowe, narodowe i związkowe.

Ruch zawodowy nauczycieli na ziemiach polskich jako ruch społeczny ma bardzo długą i bogatą tradycję. Pierwsze zrzeszenia nauczycielskie powstają w I połowie XIX wieku. Warunki działalności ruchów nauczycielskich były różne w różnych zaborach. Dawne zrzeszenia i związki nauczycieli i obecne ma­ją pewne wspólne cechy. Do cech tych należy nie tylko myślenie o sprawach własnych, ale i o szerokim pojęciu polskiej oświaty. Ponadto związki nauczy­cielskie zawsze były pod silnymi naciskami politycznymi i religijnymi.

Po II wojnie światowej Polska z woli trzech wielkich mocarstw świato­wych znalazła się pod wyraźnym wpływem ZSRR z jego oficjalną polityką społeczno-gospodarczą o skrajnie lewicowym poglądzie - zwanym socjalistycznym.

Związek Nauczycielstwa Polskiego stał się monopolistą i był pod silną presją władz państwowych i rządzącej partii politycznej. Na szczeblu ognisk, a nawet oddziałów ZNP był jednak organizacją samodzielną. Ta zależność związków zawodowych od władz i partii była powodem, że związki zrzeszone w CRZZ nigdy nie przewodziły ruchom protestacyjnym, które systematycznie (co 10 lat) powtarzały się w PRL. Na tej bazie pod koniec lat 70. ub. wieku po­wstaje niezależny związek „Solidarność". Powstanie „Solidarności" otwiera nowy rozdział w ruchu związkowym i politycznym. „Solidarność" jako ruch związkowy zostaje bardzo szybko opanowana przez organizacje o wyraźnym obliczu politycznym. „Solidarność" w latach 80. XX wieku pełni wyraźną rolę armii politycznej. Sprzyjające, zewnętrzne warunki polityczne i świadomość polityczna Po­laków doprowadziły w konsekwencji do uzyskania przez Polskę niepodległości.

Metody walki „Solidarności" w latach 80. należy uznać za bardzo odważ­ne i celowe. Słabością polityków „Solidarności" jest brak umiejętności oddzie­lenia działalności związkowej od politycznej po roku 1989. Drugim niewyba­czalnym błędem jest brak wizji przekształcenia ustroju polityczno-gospodarczego w Polsce. Hasła „im gorzej, tym lepiej", „żółwia praca" miały pełne uzasadnie­nie w okresie walki politycznej, ale hasło „pierwszy milion trzeba ukraść" rzu­cone przez urzędnika najwyższego szczebla państwowego i politycznego nie ma żadnego usprawiedliwienia - jest zachęceniem do kradzieży, którego skutki po­nosimy do dzisiaj.

 

Związki zawodowe dzisiaj

Związki zawodowe bardzo aktywne w latach 80 i początku lat 90. XX wieku straciły obecnie impet i wizję. W okresie PRL związki zawodowe były sterowane przez PZPR. Związek Nauczycielstwa Polskiego na szczeblu ogniska był absolutnie niezależny, chociaż i tutaj istniały próby ingerencji. Na szcze­blach wyższych ingerencja była bardziej widoczna, chociaż konferencje i zjazdy wykazywały dużą samodzielność.

Po zdobyciu władzy politycznej w 1989 r. przez „Solidarność", „Solidar­ność" jako związek zawodowy nie umiała oddzielić się od działalności politycznej. Wszystkie związki zawodowe w latach 90. XX stulecia były wyraźnie polityczne.

W obecnym czasie w większości zakładów pracy nie ma związków zawo­dowych. Związek Nauczycielstwa Polskiego najbardziej efektywnie działa na szczeblu oddziałów w miastach powiatowych i podobnych. Oddziały w mia­stach powiatowych i podobnych są najbardziej obciążone finansowo oraz prze­stają sobie radzić z nadmiarem sprawozdawczości i biurokracji.

Jeżeli w najbliższym czasie związki zawodowe nie obudzą się z letargu, to grozi im zaniknięcie.

Tytuł: SEPTYMY
Liczebność zbioru: 7
Autor: nieznany
Okres: nieustalony
Miejsce zdarzenia: Lębork
Rodzaj: Obraz, Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

 

 

 

 
 
 
 
Tytuł: Roszarnia czyli Włóknolen
Liczebność zbioru: 7
Autor: nieznany
Okres: nieustalony
Miejsce zdarzenia: Lębork
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

foto: Henryk Sęk