Tytuł: Józef Panczocha
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1945-1950
Rodzaj: Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

                                                                                                                                              Józef Panczocha

 

                                                                                                  WSTĘP

 

     Należę do pokolenia, które weszło w ostatnią ćwiartkę stulecia. Okres w którym żyję, obfitował w bardzo dużo wydarzeń w moim życiu,związkowym, narodowym i międzynarodowym. Wydarzenia te kształtowały mój stosunek do ludzi i zjawisk mnie otaczających.

        Pisząc wspomnienia, a nie pamiętnik, muszę uwzględnić te wszystkie czynniki.

        Niektóre zdarzenia przechodzą obok nas jak woda w rzece a inne pozostają w naszej pamięci na zawsze. Te drugie kształtują nasz charakter - są jak słupy granicz­ne wyznaczające nasze terytorium.

 

OKRES DZIECIŃSTWA I MŁODOŚCI

 

        Moi rodzice i ich rodziny pochodzą z poznańskiego. Rodzina matki należy do grona Polaków z poznańskiego, którym Prusacy zabronili budować domu z kominem. Dziadek sprzedał gospodarstwo / 30 ha / i kupił dwa inne na Kaszubach: jedno około 60 ha, a drugie około 40 ha. Matka w wianie otrzymała działkę około 30 ha.

        Ojciec - to typowy robotnik z majątku ziemskiego. Od 18 do 40 roku życia - robotnik Zakładów Kruppa. W czasie I wojny światowej walczył na różnych frontach po stronie Niemiec. Pod koniec wojny zaginął.

        Rodzina i przyjaciele matki namówili ją, aby sprzedała gospodarstwo i razem z jednym dzieckiem żyła z odsetek. Inflacja po I wojnie światowej była tak wielka, że wartość 30 ha gospodarstwa, w ciągu tygodnia, równała się wartości 1 kg masła.

 

        Po dwóch latach, po zakończeniu wojny, wrócił ojciec. Nie "zastał", niestety, ani gospodarstwa, ani zainwestowa­nych pieniędzy, (około 6 tys. talarów w złocie), które zarobił u Kruppa. Pieniądze ojca jak i wielu innych Polaków, „poszły” na broń wykorzystaną na wojnie z bolszewikami (1 920 r.) Wydarzenia z tego okresu zasadniczo wpłynęły na naszą rodzi­nę i jej stosunek do życia.

        Mój pierwszy słup graniczny, który głęboko pozostał mi w pamięci, to wiek 6 lat i 8 miesięcy. W tym wieku po raz pierwszy jechałem pociągiem do pracy. Mojej mamie zabrakło pie­niędzy na bilet dla mnie (dzieci do 4 lat nie płaciły). Konduktor ocenił mnie na lat 6 i z wielkim uporem doma­gał się zapłaty za mój przejazd. Na jednej ze stacji PKP wsiadł bardzo dystyngowany pan. Nowy pasażer zapytał się o co chodzi? Konduktor objaśnił, że „pani jedzie z dzieckiem które nie ma biletu, a ma około 6 lat”. Wtedy nieznajomy odpowiedział: "panie konduktorze - pan zna się na kolei, a ja znam się na dzieciach, (pewnie nauczyciel)/ ten dzieciak ma najwyżej 2 lata".

        I tak szczęśliwie dojechałem do miejsca swojej przyszłej pra­cy.

        W mojej pierwszej zarobkowej pracy byłem jednym z czte­rech pełnoprawnych parobków. Gospodarz był dobry i dbał, aby każdy miał zajęcie od wczesnego ranka do późnego wieczoru. Płacił rzetelnie za dobrą pracę i za złą pracę.

        W czasie okupacji niemieckiej do szkoły nie uczęszczałem. Moja wydajność jako parobka wyraźnie wzrosła. W sierpniu 1944 roku Niemcy wywieźli całą naszą wioskę (Jastrzębie, gmina Dziemiany, powiat Kościerzyna). Wioska była położona głęboko w lesie i była dobrym zapleczem dla partyzantów. Cała ludność z Jastrzębia została przewieziona pociągiem do Gdańska i „wyładowana” na starym dworcu PKS. Rodziny, w których był dorosły mężczyzna szybko znalazły nabywców, a moja „cząstka” rodziny (3 osoby) składająca się ze schorowanej 50-letniej matki, mnie - niezbyt wyrosłego 15 latka i znacznie młodszego brata, nie stanowiła atrakcyj­nego towaru. Po trzech dniach zabrał nas Niemiec Falke ze wsi (obecnie) Cięstocin, gmina Przywidz, powiat Gdańsk. Podczas oczekiwania na kupca spotkało nas miłe wydarzenie. Po drugiej stronie kanału raduńskiego (przy dawnym dworcu PKS) mieszkała polska rodzina gdańszczan, która nas karmiła. Dzisiaj oddaję najgłębsze podziękowanie tej najbardziej bo­haterskiej rodzinie gdańszczan.

        Gospodarz Falke okazał się bardzo przyzwoitym człowie­kiem.

        Tak przykre wydarzenie, (wywózka) a tyle doświadczeń o różnym zabarwieniu. Wcześniej uważałem, że wszyscy Niemcy to złodzieje i najbardziej okrutni zbrodniarze. Pan Falke i jego sąsiedzi - Niemcy - to przyzwoici ludzie.

        W pierwszej połowie marca 1945 roku zostaliśmy wyzwo­leni przez Armię Czerwoną. Cała nasza trójka wróciła do Jast­rzębia, a tam nie było co jeść, ani na czym spać. Było jednak coś dobrego - z ośmiorga osób rodziny siedmioro powróciło do domu. Tylko brat Jakub nie wrócił z obozu w Sztuthofie.

        Po wojnie rozpocząłem swoją edukację od elementarza. Do Związku Zawodowego wstąpiłem w 1950 roku, tj. do Związku Pracowników Przemysłu Drzewnego i Leśnictwa. Do Związku Nauczycielstwa Polskiego wstąpiłem w 1953 roku. Od czasu wstąpienia do ZNP zawsze pełniłem różne funkcje na wszystkich szczeblach społecznej inspekcji pracy. nigdy nie zdradziłem.

        Na ile znam historie ZNP to uważam, że była ona organizacją niezależną, niekoniunkturalną o określonym naukowym kręgo­słupie ideologicznym. Zawsze służyła człowiekowi szkoły i nauki.

Pionowy system organizacyjny związku ZNP uważam za dobry. Uczestnicząc aktywnie na wszystkich szczeblach organizacji ZNP wyrobiłem sobie zdanie o ich funkcjach, ©gnisko to, jak komórka rodzinna spełnia podstawowe zadania w związku. Ognisko decyduje o ilości organizacji, tworzy odpowiedni klimat i stosunek do swojego związku i szkoły. W ognisku pełniłem wszystkie funkcje / tylko nie sekretarza /. Funkcja prezesa dała mi dużo doświadczenia życiowego i satys­fakcji . Funkję tą objąłem w bardzo trudnym okresie dla szkoły. Załoga była bardzo skłócona. Dyrektor Szkoły, dobrze zorgani­zowany jednak mało dostępny,dla pracowników.

Między dyrektorem a jego podwładnymi istniał wyraźny dystans. Był jednak bardzo sprawiedliwy i w pełni respektował zasadę większości. Wszystkie ważniejsze problemy dydaktyczno-wycho­wawcze i pracownicze podejmował kolegialnie. Bieżące sprawy organizacyjne omawiał i uzgadniał z aktywem szkolnym. Aktyw szkolny to: przewodniczący - dyrektor, zastępcy dyrek­tora, kierownik warsztatów, kierownik internatu, sekretarz POP i prezes ogniska ZNP.

Przed objęciem funkcji prezesa ogniska nastąpiła znaczna wymiana osobowa kierownictwa w szkole. Nowe, mało doświadczone kierownictwo administracyjne i oportunistyczna postawa aktywu społecznego spowodowała bardzo niesprawiedliwy podział nagród z okazji Dnia Edukacji Narodowej.

W szkole aż zahuczało. Znaczna liczebnie grupa niezadowolo­nych napisała zażalenie do władz politycznych, na dyrekto­ra. Ja również należałem do niezadowolonych. Nie byłem auto­rem pisma, lecz jako pokrzywdzony miałem złożyć swój podpis. Pisma nie podpisałem, ponieważ nie zgadzałem się aż w dwóch punktach; po pierwsze życie nauczyło mnie, że wszystkie sprawy należy załatwiać we własnym gronie, po dru­gie w podziale nagród uczestniczył aktyw społeczny. Po bardzo wnikliwej analizie ustalono pisma nie wysyłać, a podczas najbliższych wyborów dokonać zmian przewodniczą­cych organizacji politycznej i związkowej. Zostałem wyznaczony przez grupę na prezesa ogniska i w wy­borach zostałem wybrany prezesem.

Prezesem ogniska w tej szkole byłem przez kilkanaście ka­dencji - aż do czasu zmiany miejsca zatrudnienia. Po objęciu wyżej wymienionej funkcji w mocno skłóconym śro­dowisku zdałem sobie sprawę z trudności i oczekiwań ludzi, które przede mną postawiono. Sięgnąłem po cały swój bagaż doświadczeń życiowych i wyznaczyłem sobie trzy zasadnicze priorytety; na pierwszym miejscu postawiłem pracę zawodową -na tym odcinku muszę być lepszy niż poprzednio, po drugie -nie wolno mi zaniedbać nauki własnej / doganiać lata dzie­ciństwa i młodości /.Na trzecim miejscu postawiłem na sprawy związkowe. Chociaż związek był na trzecim miejscu w hierarchii moich głównych założeń, to nowa funkcja prezesa pochłaniała mi najwięcej czasu na przemyślenia i postanowienia.

Jako wiceprezes ogniska organizowałem dużo wycieczek i zabaw dla na­uczycieli i pracowników szkoły. Jedno i drugie uznawane było za udane - po­stanowiłem to kontynuować. Na każde zebranie ogniska zapraszałem uznawa­nych i ciekawych ludzi. Zmieniłem organizację tzw. szkoleń dydaktyczno-poli-tycznych nauczycieli. Dla podniesienia rangi nauczycieli zawodu (w szkołach zawodowych nauczyciela drugiej kategorii) jedno szkolenie organizowali i pro­wadzili nauczyciele zawodu, a drugie nauczyciele teorii i wychowawcy internatu.

Przede mną stanęły sprawy najtrudniejsze, to jest przydział godzin i zadań dla poszczególnych nauczycieli oraz podział nagród. Doświadczenie podpowia­dało mi, że ten problem jest zasadniczy dla ludzi i on będzie decydował o do­brych stosunkach międzyludzkich, dobrej pracy, pozycji organizacji ZNP i pre­zesa. W tych sprawach prowadziłem rozmowy z każdą nieformalną grupą, z każdą osobą, z każdym kierownikiem i dyrektorem. Zdaniem kierownictwa -nagrody muszą być zróżnicowanej/- dla wszystkich. Po wnikliwych konsulta­cjach uznałem, że trzech osób nie da się obronić, trzy osoby nie otrzymają na­grody. Po tych ustaleniach jeszcze raz spotkałem się z nieformalnymi grupami i przedstawiłem propozycję: każdy otrzymujący nagrodę składa się po 5 zł dla osób, które nagrody nie otrzymują - propozycja została przyjęta. W dniu wypła­ty nagród stanąłem obok kasjerki i zbierałem owe 5 zł. Sprawą zainteresował się dyrektor (pan Józef Klawikowski - wielka postać) i też złożył „daninę".

W 1967 r. zostałem przeniesiony do nowo powołanej szkoły na funkcję kierownika warsztatów. Otrzymałem do dyspozycji kilkuset uczniów, bez eta­towych nauczycieli zawodu, bez administracji, bez budynków itd. Po 23 latach pracy odchodząc na emeryturę oddałem zakład, który zatrudniał 19 etatowych nauczycieli zawodu, 37 pracowników administracyjno-obsługowych i produk­cyjnych. Warsztat dawał największą produkcję spośród wszystkich warsztatóww ówczesnym województwie słupskim. Dzisiaj na miejscu dawnych budynków szkolnych (warsztatu) hula wiatr i pasą się zające. Muszę tu podkreślić, że osią­gnięcia warsztatów były możliwe dzięki dużemu zaangażowaniu całej załogi, dzięki dobrej współpracy ze wszystkimi dyrektorami szkoły, to jest dyr. dyr. Edwardowi Zamirowskiemu, Benedyktowi Dybowskiemu, Józefowi Wiktorowiczowi i Franciszkowi Formeli.

Chcę tu zaznaczyć bardzo przyjazny stosunek do warsztatu władz miasta i powiatu oraz Kuratorium Gdańskiego i Słupskiego.

Chcę w tym miejscu serdecznie podziękować za dobrą współpracę kol. kier. Zbigniewowi Tyczyńskiemu. Chociaż każdy z nas był inny, każdy wycho­wywał się w innym środowisku, każdy z nas pochodził z innej dzielnicy Polski (Zbyszek - „bosy czubek" ze Wschodu, jaz rodziców poznaniaków, a z urodze­nia i przekonania „zahukany" Kaszub). Zbyszek z bagażem doznań od sąsiadów Polski ze Wschodu, ja z takim samym doświadczeniem, tylko od sąsiada z Za­chodu. Mimo tych skrajnych doświadczeń umieliśmy ze sobą dobrze współpra­cować, rozmawiać bez emocji na każdy temat, analizować obiektywnie wszyst­kie wydarzenia, oceniać i wyciągać wspólne wnioski wobec współpracowników, wobec naszych przyjaciół i przeciwników.

W 1990 r. razem z kol. Zbyszkiem „odeszliśmy" na emeryturę. Odejście na emeryturę odbywało się już w nowych warunkach. Kol. Zbyszek (ze swoim bagażem doświadczeń) gorliwy wyznawca „Solidarności", ja - ZNP. Pożegna­nie mieliśmy jednak wspólne, zorganizowane przez szkołę. Kol. Zbyszek posta­nowił nie pójść na spotkanie, a ja, uparty Kaszub, poszedłem bez prawa zabiera­nia głosu. Razem było nam bardzo „wesoło". Wspólnie analizowaliśmy to wy­darzenie i żal nam było, że nie mogliśmy być nauczycielami LO w Lęborku -tam żadnego emeryta za bramę nie wyrzucano.

Wracam do tematyki związkowej. Z mego doświadczenia wiem, że aby być autentycznym działaczem społecznym związku, trzeba traktować pracę za­wodową zawsze na pierwszym miejscu. Dobre osiągnięcia w pracy zawodowej przekonują współpracowników do autentyczności działacza aktywisty związko­wego. Z kolei praca społeczna w związku daje dużo zadowolenia, kształci cha­rakter i dojrzałość człowieka.

Obejmując funkcję kierowniczą w szkole musiałem w sposób naturalny odłożyć pracy związkową w ognisku. Nie było to dla mnie trudne, gdyż już po­przednio pełniłem funkcję społecznego inspektora pracy w oddziale ZNP.

W 1980 r. zostałem wybrany prezesem Oddziału ZNP w Lęborku, a na­stępnie wiceprezesem Zarządu Okręgu w Słupsku. Okres mojej prezesury Od­działu był krótki (do stanu wojennego), ale bardzo stresujący i wymagający du­żego hartu.

Po wybraniu mnie na prezesa Oddziału ZNP w Lęborku, koleżanka prze­wodnicząca „Solidarności" zaproponowała mi spotkanie, aby omówić wspólne działania w interesie nauczycieli i oświaty. Uzgodniliśmy, że spotkanie odbę­dzie się w miejscu mojej pracy. Z uwagi na znaczną odległość między miejscem zamieszkania kol. przewodniczącej a miejscem mojej pracy, na dwie godziny przed spotkaniem zatelefonowałem do koleżanki z propozycją, że przyślę po nią samochód. Koleżanka przewodnicząca oświadczyła, że do mnie nie przyjedzie i poprosiła, abym przyjechał do miejsca jej pracy - zaproszenie przyjąłem. W spotkaniu nie miały uczestniczyć osoby trzecie.

Gdy przybyłem na spotkanie, stwierdziłem że po drugiej stronie jest kil­kunastoosobowy zarząd. Spotkanie nie miało nic wspólnego z ustaloną tematy­ką, a było bardzo niewybrednym atakiem na ZNP. W trakcie wymiany zdań, część członków spotkania ze strony „Solidarności" wyłamała się ze swojego grona i zaczęła popierać mnie w dyskusji. Spotkanie zakończyło się niczym. W przyszłości miałem się przekonać, że wszystkie, czasami kilkunastogodzinne spotkania, nie przynoszą zamierzonych efektów. Na każde spotkanie w urzędzie czy szkołach „Solidarność" przychodziła zawsze grupowo. Przyznaję, że grupa była zawsze dobrze przygotowana i dyskutowała bardzo twardo i logicznie. Spotkania kończyły się zawsze uzgodnionym stanowiskiem. Cóż z tego – po kilku godzinach otrzymywałem telefon, że uzgodnione stanowisko jest nieważ­ne - masy nie aprobują go. Prywatnie utrzymywałem z członkami „związku" „Solidarność" przyjazne stosunki.

Jeden z kolegów prywatnie powiedział mi: „mamy z góry zalecenia, aby nie iść na żadne układy i trzymać się zasady „im gorzej, tym lepiej". Teraz ro­zumiem. W tym czasie była już grupa przywódcza, która przy pomocy związku „Solidarność" dążyła do wyzwolenia Polski spod dominacji ZSRR. Założenia na pewno bardzo patriotyczne i szlachetne.

Trzeba bezstronnie przyznać rację, że „Solidarność" w znacznym stopniu przyczyniła się do zmiany ustroju społeczno-politycznego w Polsce i Europie. Jej znaczną zasługą jest wyzwolenie Polski i innych krajów Europy spod domi­nacji ZSRR. Nie bądźmy jednak zarozumiali. Obalenie „komunizmu" i uzyska­nie niepodległości Polski w 1918 r. odbyło się w określonych warunkach ze­wnętrznych i w 1989 r. również.

Jak już pisałem, każde wspomnienie jest zabarwione splotem wiedzy, do­świadczeń i ukształtowanego stosunku do otaczającego nas świata. Wszystkie wydarzenie, małe i duże, powstają w określonym otoczeniu. To otoczenie sprzyja lub przeciwdziała temu wydarzeniu. „Solidarność" powstawała i działała w czasie jej sprzyjającym.

Aby zrozumieć moje twierdzenie, muszę zaznaczyć, że oddzielam „Soli­darność" jako związek zawodowy i „Solidarność" jako ruch społeczny będący narzędziem działania politycznego. W tym miejscu dodaję, że moja wiedza i do­świadczenie każe mi twierdzić, że związki zawodowe jako ogromna siła spo­łeczna były i są zawsze przedmiotem manipulacji różnych kierunków politycz­nych i religijnych. Najbardziej wolnymi ogniwami związkowymi są ogniska ZNP w szkołach. Aby wzmocnić moje twierdzenie, że nic nie dzieje się bez przyczyny, posłużę się elementami wielkiej polityki.

Polska straciła wolność w XVIII wieku w wyniku prywaty magnatów i szlachty polskiej. Nie można mieć żalu do naszych sąsiadów, że nas rozebrali, skoro sami nie dbaliśmy o nasze państwo. Można pocieszać się, że sąsiedzi na­szych zaborców też nie pilnowali własnego interesu w myśl zasady „wróg na­szego sąsiada jest naszym przyjacielem".

Twierdzę, że „Solidarność" powstawała w okresie jej sprzyjającym - we­wnętrznie i zewnętrznie. Dopatruję się pewnych porównań do okresu I wojny światowej. Polska po I wojnie światowej powstała nie z miłości obcych do nas, nawet nie z powodu przegranej militarnej naszych zaborców, tylko w wyniku splotu wydarzeń i mądrości polityki Józefa Piłsudskiego (szkoda, że tej mądro­ści zabrakło Piłsudskiemu i jego następcom po roku 1920). Okres „Solidarno­ści" był sprzyjający dla związku i dla Polski. Początkowo „Solidarność" była związkiem niezależnym, działała w określonych warunkach. Z tego czasu mamy hasło: „socjalizm tak, wypaczenia nie". Hasło było autentycznie przyjmowane przez klasę robotniczą. I drugie hasło (które powstało już po kilku tygodniach od sierpnia 1980): „im gorzej, tym lepiej" (wyraźnie polityczne). Hasła te do­wodzą, że istniała w Polsce dostatecznie mądra i liczna siła umiejąca wykorzy­stać okazję do przemian polityczno-gospodarczych w kraju. Nie bądźmy jednak zarozumiali, że zniszczyliśmy socjalizm - on sam jako niewydolny się zniszczył. Mądrość przywódców opozycji polegała na wykorzystaniu okazji. Dzisiaj wiem, że lata 80. to okres działania politycznego „Solidarności".

Od 1980 r. do stanu wojennego pełniłem funkcję prezesa Oddziału ZNP w Lęborku i w tym czasie żadne najmądrzejsze uzgodnienia z „Solidarnością" nie dochodziły do skutku - to rozumiem „im gorzej, tym lepiej". W moim poję­ciu jako hasło wojenne w pełni usprawiedliwione. Taka postawa przyniosła Pol­sce prawie bezkrwawą wolność. Każda wojna przynosi skutki ujemne.

Do niewybaczalnych należy uznać brak wizji politycznej przemian spo-łeczno-gospodarczych po roku 1989. Żaden wielki polityk nie może być pozba­wiony wizji politycznych przemian i skutków, jakie te przemiany przyniosły.

Jako ostatni prezes sprzed stanu wojennego, w dniu 10 listopada 1982 r. zwołałem w Warsztatach Szkolnych Zespołu Szkół Budowlanych zebranie grupy inicjującej powołanie nowych związków zawodowych. Na pierwsze zebranie przybyło 15 osób z 10 różnych szkół z Lęborka. Zgodnie z ustawą z dnia 8 paź­dziernika 1981 roku o związkach zawodowych, w zakładzie mogła działać tylko jedna organizacja związkowa. To ostatnie stwierdzenie narzuciło tematykę ze­brania. Moim głębokim przekonaniem i pragnieniem było, aby w nowym związku znalazły swoje miejsce wszystkie osoby niezależnie od poprzedniej przynależności związkowej. Jako organizator zebrania zaproponowałem dwa główne tematy do dyskusji:

  1. Jaką nazwę powinien przyjąć nowy związek?
  2. Wybór komitetu założycielskiego.

Pierwszy temat wywołał bardzo ożywioną i ostrą dyskusję. Grupa daw­nych działaczy ZNP obstawała przy nazwie „Związek Nauczycielstwa Polskie­go", a grupa dawnych działaczy „Solidarności" była za inną nazwą nowego związku. Jako przewodniczący zebrania zaproponowałem, aby sprawę odłożyć, ochłonąć i myśleć we wspólnym interesie szkoły i wszystkich nauczycieli i pra­cowników. Od czasu pierwszego spotkania zbieraliśmy się jeden raz w tygodniu i przez 6 tygodni uzgodnienie nazwy organizacji było zawsze gorące.

Jako przewodniczący łagodziłem i odkładałem problem, dając każdej stronie równe szanse. Wszystkie głosowania dotyczące nazwy związku kończy­ły się 50/50 (ja wstrzymywałem się od głosu). Termin następnego spotkania był ustalany na aktualnym zebraniu. Na jedno z kolejnych zebrań zapomnieli przyjść przeciwnicy nazwy ZNP. Przyjęto nazwę ZNP (bez mojego głosu). Wielkość kolegów, którzy zapomnieli o zebraniu była nadzwyczajna - nie sprzeciwili się nowej (ZNP) nazwie. To była dobra lekcja demokracji.

Drugi temat nie był tak emocjonalny. Do komitetu założycielskiego wy­brano 10-osobowy skład. Przewodniczącym zespołu został Józef Panczocha, a sekretarzem Marian Radocha. Opracowano statut nowego Związku Nauczy­cielstwa Polskiego. Związek Nauczycielstwa Polskiego reprezentował wszyst­kich nauczycieli i pracowników zatrudnionych w oświacie w Lęborku. Do reprezentowania związku przy rejestrowaniu organizacji w Sądzie Wojewódzkim w Słupsku zostali upoważnieni Józef Panczocha i Jan Przycho­da. Związek zarejestrowano w dniu ^.rrJt.^f...!^?.^ "

 

Działalność Związku Nauczycielstwa Polskiego w latach 80.dwudziestego stulecia

Od 1982 roku Związek Nauczycielstwa Polskiego jest znowu jedyną, ofi­cjalną organizacją związkową reprezentującą interesy pracowników oświaty.

W krótkim czasie ogniska ZNP powstają prawie we wszystkich szkołach i placówkach oświatowych Lęborka, nawet w tych szkołach, gdzie w czasie ofi­cjalnej działalności „Solidarności" ognisk ZNP nie było. Do związku zapisywali się dawni członkowie ZNP i „Solidarności". „Solidarność" jako związek oficjal­nie nie działała. Nie jest mi wiadomo, aby organizacja ta lub jej członkowie byli z tego tytułu prześladowani w szkołach w Lęborku. Na przykład w Warsztatach Szkolnych Zespołu Szkół Budowlanych przedstawiciele „Solidarności" na rów­ni z przedstawicielem ZNP uczestniczyli w zespole kierownictwa zakładu.

Aby zrozumieć działalność związków w latach 80. ubiegłego stulecia, muszę znowu odwołać się do mojej skromnej wiedzy historycznej i doświad­czeń życiowych. Po utracie niepodległości (z naszej winy) w osiemnastym wie­ku, po zrywach przegranych walk o niepodległość (powstanie listopadowe, styczniowe), po przegranej wojnie 1939 roku, po układzie w Jałcie i poczdam­skim, wszystkie liczące się siły polityczne i politycy doszli do przekonania, że na pierwszym miejscu muszą stawiać na niepodległość Polski, nie mogą jednak liczyć na nikogo z zewnątrz. Aby osiągnąć ten cel, muszą nastąpić równocześnie dwa wydarzenia, tj. walka wewnętrzna musi zgrać się z wydarzeniem zewnętrz­nym. Takie zdarzenia nastąpiły w 1918 roku i w latach 80. minionego stulecia. Nikt przecież nie wierzy, że M. Gorbaczow chciał rozpadu ZSRR (naszego dru­giego okupanta). Związki- zawodowe lat 80. były wyraźnie polityczne.

„Solidarność" w tym okresie działała jako radykalna siła polityczna i dzięki jej zdecydowaniu i sprzyjającym warunkom zewnętrznym (upadek ZSRR) doszło najpierw do Okrągłego Stołu, a w 1989 r. do wygrania wyborów parlamen­tarnych i w konsekwencji do zmiany ustroju polityczno-gospodarczego. Związki zawodowe zrzeszone w OPZZ postępowały bardziej zachowawczo, były jednak wyraźnie polityczne.

Lata dziewięćdziesiąte, to dalsze upolitycznienie związków zawodowych. Żaden rząd w Polsce nie mógł istnieć bez wyraźnego poparcia określonej orien­tacji związków zawodowych. Taka sytuacja miała bardzo negatywny wpływ na sprawy państwowe, narodowe i związkowe.

Ruch zawodowy nauczycieli na ziemiach polskich jako ruch społeczny ma bardzo długą i bogatą tradycję. Pierwsze zrzeszenia nauczycielskie powstają w I połowie XIX wieku. Warunki działalności ruchów nauczycielskich były różne w różnych zaborach. Dawne zrzeszenia i związki nauczycieli i obecne ma­ją pewne wspólne cechy. Do cech tych należy nie tylko myślenie o sprawach własnych, ale i o szerokim pojęciu polskiej oświaty. Ponadto związki nauczy­cielskie zawsze były pod silnymi naciskami politycznymi i religijnymi.

Po II wojnie światowej Polska z woli trzech wielkich mocarstw świato­wych znalazła się pod wyraźnym wpływem ZSRR z jego oficjalną polityką społeczno-gospodarczą o skrajnie lewicowym poglądzie - zwanym socjalistycznym.

Związek Nauczycielstwa Polskiego stał się monopolistą i był pod silną presją władz państwowych i rządzącej partii politycznej. Na szczeblu ognisk, a nawet oddziałów ZNP był jednak organizacją samodzielną. Ta zależność związków zawodowych od władz i partii była powodem, że związki zrzeszone w CRZZ nigdy nie przewodziły ruchom protestacyjnym, które systematycznie (co 10 lat) powtarzały się w PRL. Na tej bazie pod koniec lat 70. ub. wieku po­wstaje niezależny związek „Solidarność". Powstanie „Solidarności" otwiera nowy rozdział w ruchu związkowym i politycznym. „Solidarność" jako ruch związkowy zostaje bardzo szybko opanowana przez organizacje o wyraźnym obliczu politycznym. „Solidarność" w latach 80. XX wieku pełni wyraźną rolę armii politycznej. Sprzyjające, zewnętrzne warunki polityczne i świadomość polityczna Po­laków doprowadziły w konsekwencji do uzyskania przez Polskę niepodległości.

Metody walki „Solidarności" w latach 80. należy uznać za bardzo odważ­ne i celowe. Słabością polityków „Solidarności" jest brak umiejętności oddzie­lenia działalności związkowej od politycznej po roku 1989. Drugim niewyba­czalnym błędem jest brak wizji przekształcenia ustroju polityczno-gospodarczego w Polsce. Hasła „im gorzej, tym lepiej", „żółwia praca" miały pełne uzasadnie­nie w okresie walki politycznej, ale hasło „pierwszy milion trzeba ukraść" rzu­cone przez urzędnika najwyższego szczebla państwowego i politycznego nie ma żadnego usprawiedliwienia - jest zachęceniem do kradzieży, którego skutki po­nosimy do dzisiaj.

 

Związki zawodowe dzisiaj

Związki zawodowe bardzo aktywne w latach 80 i początku lat 90. XX wieku straciły obecnie impet i wizję. W okresie PRL związki zawodowe były sterowane przez PZPR. Związek Nauczycielstwa Polskiego na szczeblu ogniska był absolutnie niezależny, chociaż i tutaj istniały próby ingerencji. Na szcze­blach wyższych ingerencja była bardziej widoczna, chociaż konferencje i zjazdy wykazywały dużą samodzielność.

Po zdobyciu władzy politycznej w 1989 r. przez „Solidarność", „Solidar­ność" jako związek zawodowy nie umiała oddzielić się od działalności politycznej. Wszystkie związki zawodowe w latach 90. XX stulecia były wyraźnie polityczne.

W obecnym czasie w większości zakładów pracy nie ma związków zawo­dowych. Związek Nauczycielstwa Polskiego najbardziej efektywnie działa na szczeblu oddziałów w miastach powiatowych i podobnych. Oddziały w mia­stach powiatowych i podobnych są najbardziej obciążone finansowo oraz prze­stają sobie radzić z nadmiarem sprawozdawczości i biurokracji.

Jeżeli w najbliższym czasie związki zawodowe nie obudzą się z letargu, to grozi im zaniknięcie.