Tytuł: Łódzka,Majewskiego,Stryjewskiego
Liczebność zbioru: 4
Autor: nieznani
Okres: 1945- 70
Twórca: Tekst: Małgorzata Miotk - Cieśla
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Jolanta Czapiewska, Danuta Szlenk
Rodzaj: Obraz, Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

                                                                                             

 

Wspomniani a niezapomniani

z ulicy Łódzkiej, Majewskiego, Stryjewskiego

 

Po wyzwoleniu Ziem Zachodnich od 1945r., miasta i wsie, także ulice, zmieniły swoje nazwy. Lauenburg przyjął nazwę Lębork. Jako lęborczanka, moje dzieciństwo, młodzieńczość i dojrzałość spędziłam w Lęborku. Chodziłam właściwie po wszystkich ulicach, dróżkach i alejkach. Niektóre z nich są już dawno zapomniane. Lębork po wojnie był w opłakanym stanie. Nieraz myślałam, ile tu było zmartwień i nieszczęść. Z opowiadań rodziców i znajomych (autochtonów), i zdjęć dowiedziałam się, gdzie znajdowały się piękne domy i warsztaty pracy. Za zniszczenie miasta obwinia się wojska sowieckie. Niektórzy mieszkańcy w latach 1945-1946 zostali wypędzeni i wysiedleni ze swoich domów i mieszkań. Pozostała garstka autochtonów.

Do Lęborka przyjeżdżali w tym okresie  ludzie, którzy przez wojnę zostali pozbawieni mieszkań i dorobku swojego życia, również doznali krzywd ze strony wojsk nazistowskich. Każdy szukał tu szczęścia – byli szabrownicy, grabili co się dało , drudzy szukali mieszkań i uczciwej pracy, a komu się poszczęściło, zajęli domy i mieszkania z pełnym wyposażeniem. Ziemia lęborska była przyjazna dla osiedleńców ze wschodu, kresów, centralnej Polski oraz południa.

Po latach pozostały wspomnienia tamtych chwil i pamiętnych przeżyć. Na spotkaniach rodzinnych, okolicznościowych u znajomych, sięgamy pamięcią do  dawnych nazw ulic i mieszkańców, którzy przy nich zamieszkali. Np. ulica obecnie M. Stryjewskiego w latach 1945 – 1950 była to ulica Łódzka. Osiedlili się tam mieszkańcy z Łodzi, okolic Warszawy i kresów. Na rogu tej ulicy był sklep zwany Złoty Róg. Początkowo handlowano tam artykułami spożywczymi, alkoholem i mięsem. Gdy ulica zmieniła nazwę na Majewskiego, mieścił się tam zakład fryzjerski, a obecnie prywatne mieszkanie. W tym domu nr 13 zamieszkują państwo Olechowie (nauczyciele), p. Sikora i państwo Śliwowie z gromadką grzecznych i pracowitych dzieci. Zdobyli wykształcenie, wyprowadzili się i wyjechali z Lęborka. Od Złotego Rogu – w stronę Domu Starców – dzisiaj ma inną nazwę -  były gospodarstwa p. Mackiewiczów. Obecnie znajduje się tam sklep spożywczy i piekarnia p. Skrzypkowskiego. Dalej, przy dużym ogrodzie Kellermana, było gospodarstwo pp. Anisimowiczów następnie pp. Kaliszów, Rogulskich, Parasów i p. Gintera Kiedrowskiego. Po drugiej stronie ulicy znajdowało się gospodarstwo Fiederowiczów. Ich chłopcy hodowali gołębie o różnych odmianach. Każdy coś hodował. Bydło gospodarzy wypasano na łąkach przy ulicy Poznańskiej. Latem, w latach 1951-1954 na tych łąkach stacjonowały tabory cygańskie - kolorowe wozy, Cyganki - było wesoło. Dzieci zaprzyjaźniły się z Cyganeczką  imieniem Rózia.

Wszystko się zmieniło – nie ma już gospodarstw. Stoją domki jednorodzinne. Za tymi gospodarstwami o pięknej architekturze był i jest Dom Starców. Smutna nazwa. Od roku 1945 – do jakiegoś czasu zarządzały i opiekowały się pensjonariuszami zakonnice w brązowych habitach- Albertanki.  Wśród pensjonariuszy były szlachcianki ze Lwowa, a z Wilna dwie hrabianki i autochton prof. Maksymilian Kolch. Mieszkańcy z pobliża odwiedzali samotnych – przynosili smakołyki. Organizowali Jasełka – artystami były dzieci z Majewskiego i Orlińskiego. Dom Starców, w późniejszych latach został rozbudowany – poszerzony w stronę ul. Orlińskiego. Naprzeciw stoi dom z czerwonej cegły – zamieszkały po wojnie przez autochtonów. Na pierwszym piętrze mieszkała pani Ula Z., która wróżyła z kart przyszłość. Obok stoi szary dwupiętrowy dom, na nim znajdowała się skrzynka pocztowa, dlatego nazywaliśmy go dom pocztowy – fakt, że zamieszkiwali tam urzędnicy poczty. Mieszkała tam też pani Elżbieta Szykut (Kołacińska), nauczycielka, która uczyła w Szkole Podstawowej nr 4. Brat Pani Eli, Józef, naprawiał sprzęt telewizyjno – radiowy. Mieszkała tam też ceniona położna pani Podhorodecka. Rodzące panie miały szczęście, gdy na położnictwie był dyżur tej Pani. Następny domek, niepozorny z wyglądu – a wewnątrz atmosfera serdeczna - mieszkała w nim moja koleżanka Zdzisława J. z rodzicami, braćmi oraz ich ciocie, stryjkowie, wujkowie.

Ludzie z kresów byli gościnni, częstowali tym co ugotowali, upiekli, zapraszali w odwiedziny. Mama Zdzisi – pani Jankowska, była krawcową, pracowała też w kuchni w Szkole Podstawowej nr 1 i w Szkole nr 4. Pan Rusak miał konia i wóz, którym zwoził złom. Mieszkał z rodziną też w tym domu. Obok był sklep spożywczy, w którym pracowała p. Gołąbkowa i do dziś istnieje. Na rogu ulicy była piekarnia p. Rosińskiego gdzie Wwpiekano chleby okrągłe dwukilogramowe i mniejsze podłużne, bułeczki, rogaliki z makiem. Przed świętami nosiło się w foremkach ciasta do upieczenia do piekarni, a zapach rozchodził się po całej okolicy. W sklepie nabiałowo – mleczarskim, sprzedawała p. Anielka Czajkowska – przeniosła się później na ul. Polewskiego. Przy rondzie – wysepce i słupie ogłoszeniowym, stoi niski parterowy dom nr 52. Większość domów miało dwa wejścia: z frontu i podwórka. Zamieszkiwali tam autochtoni, jak p. Szyrmacher- Repp. pani Ruth (imię) grała na akordeonie i pianinie, dzieci jej to Pacewicze. Inni, którzy tam mieszkali to pp. Górscy, Płotkowie, Januszowie (dziadkowie Zenka i Marysi). Zamieszkiwał tam poeta Mieczysław Stryjewski, inwalida. Często siadywał na wózku inwalidzkim, a niekiedy przesiadywał przy kiosku z gazetami, gdzie pracowała p. Stryjewska (mama). Dzisiaj domek jest po remoncie, wmontowana jest tablica pamiątkowa, ku pamięci Miecia Stryjewskiego.  Spacerując po tej ulicy, można było spotkać takich mieszkańców jak: pp. Tomaszewskich, Zagrodników, Bielawów, Stachowskich, Wańkowiczów, Gertnerów, Baranowskich. Na tej ulicy był magiel – urządzenie do wygładzania bielizny, obrusów, i firan. Za tę usługę pobierano drobną opłatę. Była pani, która plisowała materiały na spódniczki, sukienki. W zadbanym budynku mieszkali pp. Wierzbowscy i Chabowscy. Państwo Jereczkowie (stolarz) mieli stolarnię. Ich syn Daniel rzeźbił w drzewie ikony. Mieszkał też z mamusią, chłopczyk Zbynio. Oj, dał się niektórym we znaki. Wyrósł i po latach Zbyszek był koleżeński, uczynny i szarmancki (już nie żyje) – wielka szkoda. Należy też wspomnieć zakład zegarmistrza p. Wierzbowskiego. Przez nieostrożność jednego z uczniów przy czyszczeniu zegarków, wzniecił się pożar. Bardzo ucierpiał mój kolega szkolny, przystojny młodzieniec Janek Stowba. Zakład zlikwidowano (mieścił się w wąskiej uliczce przy ulicy Staromiejskiej).

Gospodarstwo pp. Mülerów, przy ul. Stryjewskiego, zniknęło i pozostał zielony plac, gdzie zlatują się gołębie. W latach 1961 – 62 organizowano tam ogródki jordanowskie, które wyposażone były w sprzęt taki jak: karuzela, zjeżdżalnia i inne do pokonywania przeszkód. Uczennice LPWP miały popołudniowe zajęcia i za zadanie zabawiać dzieci, również z tej ulicy. Trzeba było tę działalność przerwać, gdyż paru podrostków przeszkadzało, rzucali kamieniami itp. wiadomo jak się zachowywali. Takie Ogródki Jordanowskie były w Parku Chrobrego, przy ul. Sienkiewicza, przy ul. Targowej. Często można było spotkać na mojej ulicy Ewkę K, która prosiła, to co kolorowe i świecące – koraliki, bransoletki, buteleczki po perfumach i lusterka. Niektórzy mieszkańcy wystawali przed domem jak Pan Kaliński czy p. Majer. Nieraz było słychać grę na pianinie dziewczynki, blondyneczki z loczkami i dużą kokardą na głowie. Wyglądała jak księżniczka. To Jola, wnuczka Pani Gołąbkowej.

Miło jest powspominać znajomych, moich rodziców, państwa Lisów i Gizelę, Józefa Wernerów (jego wytwory ceramiczne przekazaliśmy do lęborskiego muzeum) czy też wysportowaną, z poczuciem rytmu, Panią Danusię Jóskowską – Blank, która prowadziła lekcje rytmiki w przedszkolach, i Panią Ewę Studzińską – Kłosowską, która jako dziecko mieszkała na tej ulicy  i wyprowadziła się z rodzicami. Obecnie jest prezeską Stowarzyszenia na 102 w Lęborku, jest bardzo czynna społecznie i bardzo zaangażowana w działalność na rzecz seniorów i społeczeństwa Lęborka. Pry tej tej ulicy zamieszkiwali pp. Z. Toczkowie. Z ich synem Zenkiem chodziłam do szkoły. Inni sąsiedzi to Ryszard Górny z mamą i siostrami. Jedna z sióstr jest fryzjerką w „Belwederze” to p. Hejka.

Znałam państwa Kotowskich, Krampów, Kiedrowskich. Prawdopodobnie p. Kotowski (senior) był pilotem w Szkole Szybowcowej w Lęborku- córki to Krystyna, Marysia, imion synów nie pamiętam. W tym samym ciągu ulicy mieszkał nauczyciel p. Florian Stolc, który uczył matematyki w Szkole Podstawowej Nr 4 – awansował na Kierownika Szkoły Podstawowej Nr 3 i na Dyrektora Szkoły Podstawowej Nr 8 w Lęborku. Pan Stolc będąc na emeryturze był prezesem ZNP w Lęborku. Mieszkał tam również pan Kościński (nauczyciel), był też prezesem ZNP i kierownikiem Klubu ZNP – zapaleńcy  gry w brydża, spotykali się w Klubie. Córka tych państwa- Maryla była żoną Piotra Janczarskiego z zespołu Niebiesko – Czarni. Ich synek miał na imię Maj, wraz z babcią -panią Kościńską -odwiedzał Przedszkole Nr 1 w Lęborku, aby móc się pobawić się z rówieśnikami.

Po tej samej stronie stał za ogrodzeniem dom z balustradą balkonową. Mieszkali tam państwo Kulczyccy, a na parterze pan Pobrucki i repatrianci. Obecnie dom ma inny wygląd i są inni mieszkańcy. Był też skup butelek, zakład szklarski, zakład szewski. Szewcami byli pan Czech, pan Gaffke, pan Nadworski. Te pomieszczenia przebudowano na sklep spożywczy. Ekspedientką tam była Pani Stasia. Dzisiaj jest to lokal prywatny, mieszkalny. Długo spełniał swoją rolę sklep masarniczy. Często stałam tam w kolejce, takie niestety były czasy. Obok, za drewnianym płotem, mieścił się Zakład Żeliwiak, w którym pracowali panowie z ul. Orlińskiego, Żmudzccy. Kierownikiem tego zakładu był pan Negowski, ojciec Ryszarda Negowskiego. Były zakłady usługowe: fryzjer, krawiec, malarz, tapicer. W przedszkolu Nr 4 pracowały mieszkanki tej ulicy: pani Łeppek, H. Głowacka, H. Kisielewska.

W latach 1956 – 1958 jesienią z tej ulicy jeździły kobiety na wykopki Starem – takim dużym samochodem - do PGR-u, zarabiały i przywoziły ziemniaki na zimę.

Z perspektywy czasu można ocenić, że mieszkańcy tej ulicy byli bardzo pracowici.  Pracowali w trudnych warunkach: w Manufakturze, Ceramice, Cegielni, w Zakładach Roszarniczych, Beczkarni, itp. Dzisiaj są specjalne wsparcia dla rodzin wielodzietnych, matek samotnych, osób zaniedbanych. Często na spotkaniach, zlotach wspominamy dostojną Panią Lipkowską, nauczycielkę języka angielskiego, której mąż był lekarzem weterynarzem, zaś matka Pani Lipkowskiej była malarką. Synowie Pani Lipkowskiej to Konrad i Michał (bliźnięta) i ładna córka Maryla. Nie można pominąć przystojnego komendanta Milicji Obywatelskiej pana Gąsiorowskiego z rodziną, ani, państwa Dropczyńskich – synowa, to pani Adela Dropczyńska – Andrzejewska, która pracowała jako nauczycielka w Przedszkolu Nr 2, w pionie ćwiczeń, przy ul. Kossaka. Na emeryturze pisze wiersze, wydała zbiór pt. „Wiersze życiem pisane”. Szwagierką pani Adeli jest pani Wiatrakiewicz, która miała zakład szycia czapek przy ul. Bieruta (Staromiejska).

Pamiętam procesje z okazji Bożego Ciała, wtedy okna na tej ulicy były pięknie przystrojone w symbole religijne, obrazy święte. Mieszkańcy pielęgnowali tradycje jak Mikołajki, święcenie pokarmów, lany poniedziałek. Część młodzieży ukończyła Liceum Pedagogiczne, Ogólniak, Szkoły Zawodowe. Zdolniejsza młodzież mająca  warunki ukończyła studia.

Zdziwicie się skąd znam tyle osób i faktów. Od dziecka przemieszczałam tę ulicę, wzdłuż i wszerz idąc do szkoły, do sklepów, kościoła, i do pracy. Niektóre osoby znałam z widzenia i z ławki szkolnej. Jednych poznałam przypadkowo, a z drugimi się przyjaźniłam. Na szczęście mam dobrą percepcję wzrokową i pamięć, za co Bogu dziękuję. A dzisiaj jestem rzadkim przechodniem, mijam niektóre domy wyremontowane, od zewnątrz wymalowane, a niektóre zdewastowane czekają na remont, są też inni już mieszkańcy. Spotyka się osoby spieszące po „eliksir” do sklepu Skrzypkowskiego, to już inne pokolenie młodsze.

Nie ma tych z ul. Łódzkiej, Majewskiego, dzisiejszej Stryjewskiego.

A co dziwne w tym wszystkim, członkowie rodzin, którzy dokuczali, autochtonów wyzywali od Niemców, hitlerów i ich poniżali, są dzisiaj w Niemczech i nie mają zamiaru wracać.

Ale jaki ten świat jest przewrotny.

Przedstawiłam krótki opis znanych i niezapomnianych mieszkańców tej ulicy.

 

 

 

"Złoty Róg"kamienica z nr 9z tyłu kamienica nr 10

Kolekcja Jana Formeli 2
Tytuł: Chór Harmonia
Liczebność zbioru: 8
Okres: 1971-1980
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Jan Formela
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

               

 

                      Historia Chóru HARMONIA została opisana w książce Lucyny i Wojciecha Siedlików pt. Lębork na pięciolinii.Kronika muzyczna miasta od 1945r. Lębork,2010 str.232- 233 

Tytuł: Podwórka.- Kościuszki, Tczewska....
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1958
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Wiesław Budkowski (WB)
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Rok 1958,Zdjęcie podarowane przez Wiesława Budkowskiego przedstawia przyjaciół z czworokąta ulic: Tczewska, Luksemburg,Grudziądzka, Kościuszki.  Od lewej Jan Szmitke,Helmut Słowikowski, Lidia Bielecka, Irena Bach, Gerard Dawidowski,Maria Sulik.

 
Tytuł: Antoni Galiński
Liczebność zbioru: 21
Autor: nieznany
Sygnatura w OSA: PL_1065_ 004
Okres: 1921- 1960
Miejsce zdarzenia: Lębork Świecie Katowice
Ofiarodawca: Barbara Pietrusewicz
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: TAK

 

Strona w budowie, 

                                                             ok.1959, Plac pokoju, z tyłu ul.Mikołaja Rejaok.1960 - z wnuczkami na Pl.Pokoju ok.1963

 

Organizacja SOKOŁA w Świeciu

12 maja 1936 - Świecie, Członkowie Sokoła1922 -Wycieczka Sokoła Okręgu III do Grodka1922,  Wycieczka Sokoła  Okręgu III . Miejscowość Sełosza

Zawodnicy - sportowcy Sokoła1936,lipiec 21.Zarząd Sokoła miasta Świecie

 

1921,Poznań, Antoni w Wojsku Polskim1920, Toruń, Wojsko Polskie1921 żołnierze w Ma...... Kacku                                                           

 

1937,czerwiec 29, Pamiątka z podróży ze Świecia do Katowic na zlotNa zlocie w Katowicach - 27-29.06 1937Zlot w Katowicach - 26-27.06.1937

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
 
Tytuł: Podwórko -ul.Okrzei
Liczebność zbioru: 1
Sygnatura w OSA: PL_1065_ 011
Okres: 1951-1960
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Andrzej Moskal
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: TAK

Pierwsza od lewej Ula Ćwiklińska, po mężu Grabarczyk. W górnym rzędzie od lewej Irena Klinkosz, Zenon Pietrzyk,Jan Charynek,Basia Gulgowska. Z kwiatkami we włosach - ?? Jakubowska. W rzędzie niżej: Hania i Basia Stachurskie, mały chłopiec - Leszek Pietrzyk.

 
 
 
Kolekcja Jana Formeli
Tytuł: Jan Formela - Rodzina
Liczebność zbioru: 12
Okres: nieustalony
Ofiarodawca: Jan Formela
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Tytuł: Józef Dzida
Liczebność zbioru: 9
Okres: 1960
Miejsce zdarzenia: Lębork
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Obraz, Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

 

1960 Józio ze swoja siostrą Rok 1960, maj.Józef Dzida z uratowanym spod kół pociągu  dwuletnim Józiem1960, prasowy wywiad z mamą małego Józia

 

 

                                                                      Wspomnienia o bohaterze który uratował dziecko spod kół pociągu                                                                 

 Józef Dzida urodził się w 1928 roku w Giełczewie (pow.Krasnystaw) w rodzinie chłopskiej. Podczas okupacji /od 1943r./ działał w Batalionach Chłopskich w powiecie Krasnystaw jako łącznik dowódcy oddziału pod pseudonimem „Hebel”. Po wojnie w 1946 roku w ramach programu zasiedlania Ziem Odzyskanych, wraz z rodzicami, na których był utrzymaniu, przybył na teren powiatu  lęborskiego i razem zamieszkali w Oblewicach. Następnie rozpoczął kontynuację przerwanej przed wojną nauki w Gimnazjum Rolniczo-Hodowlanym w Osmolicach /1946-1948/, a następnie w Liceum Chemiczno-Spożywczym w Inowrocławiu. Po jego ukończeniu w zawodzie technik-chemik otrzymał nakaz pracy w Centralnym Instytucie Standaryzacji Żywności w Gdyni a następnie przeniesiony do pracy w Zakładach Mięsnych w Gdańsku. W roku 1952 zawarł związek małżeński po czym z żoną Reginą zamieszkał w Tawęcinie. Do 1957 roku pracował w Wydziale Rolnictwa Powiatowej Rady Narodowej w Lęborku.

            Od dnia 10 kwietnia 1957 r. rozpoczął służbę w Milicji Obywatelskiej. Po przeszkoleniu podoficerskim w Gdańsku w stopniu kaprala rozpoczął służbę w Referacie Dzielnicowych Komendy Powiatowej MO w Lęborku. Do służby dojeżdżał codziennie pociągiem z Tawęcina do Lęborka.

             W dniu 17maja 1960 r. o godz. 8.40 stanął twarzą w twarz ze śmiercią... Oczekiwał na peronie przystanku w Tawęcinie, gdzie stało też kilkanaście osób. O tej porze ruch był mały, wszyscy śpieszący się do pracy wyjeżdżali wcześniej. Kapral MO Józef Dzida wyjątkowo nie pojechał rano do Lęborka, gdzie pracował w Komendzie Powiatowej MO. Otrzymał inne zadanie służbowe. Ubrany po cywilnemu miał udać się w kierunku Choczewa. Już nadjeżdżał pociąg, zagwizdał ostrzegawczo na zakręcie i z dość dużą szybkością wpadł na skraj peronu. Wtedy stało się. Ktoś krzyknął: Dziecko na torze! Krzyknął, ale nie skoczył na pomoc. Malutki, dwuletni chłopczyk stał na środku toru, nie dostrzegając niebezpieczeństwa. Dzida odwrócił się. Lokomotywa  była już kilkanaście metrów od dziecka. Nie zawahał się, skoczył na tory. Biegł naprzeciw pędzącemu parowozowi. Chłopczyk przysiadł na torze. Patrzył na biegnącego mężczyznę i nic nie rozumiał. Uśmiechał się nawet. Ludzie zamarli z przerażenia. Dzida dopadł dzieciaka uchwycił go jedną ręką, przycisnął pod pachą. Na ucieczkę z torów było już za późno. Lokomotywa urosła przed nimi do monstrualnych rozmiarów. Wówczas Dzida rzucił się twarzą na tory, nie wypuszczając spod ramienia dzieciaka.  Lokomotywa przeleciała nad nimi i dopiero wagon zaczepił leżących, wlokąc ich kilkanaście metrów po podkładach. Pan Dzida jednak nie wypuścił dziecka. W tym momencie patrzący na to ze zgrozą ludzie na przystanku, stracili go z oczu.

            Bohaterski milicjant ocalał, jednak został mocno poturbowany, natomiast dwuletni chłopczyk Józio Mularczyk wyszedł z wypadku bez najmniejszego szwanku. Dzidę zabrano do szpitala. Stan jego zdrowia nie był niebezpieczny, lecz z powodu dużego upływu krwi organizm jego był mocno osłabiony, jednak powoli wracał do zdrowia.

            Bohaterski czyn Józefa Dzidy zyskał mu powszechne uznanie społeczeństwa, przełożonych i dozgonną wdzięczność matki uratowanego dziecka Marii Mularczyk. Wśród licznych delegacji odwiedzających go w lęborskim szpitalu znaleźli się przedstawiciele różnych instytucji. Setki wiązanek kwiatów, dziesiątki drobnych upominków, tysiące listów, pierwszy w Polsce przyznany przez Radę Państwa medal „Za ofiarność i odwagę”, złote odznaki TPD, PCK, artykuły w prasie polskiej i zagranicznej było dowodem sympatii i uznania dla jego czynu. To był mój obowiązek – mówił skromnie kapral Dzida – sam jestem ojcem, mam 6-letniego chłopca i 3-letnią dziewczynkę. Specjalnym rozkazem Komendanta Głównego MO został awansowany do stopnia st. sierżanta.

            Od roku 1961 wraz z żoną i dziećmi zamieszkał w Lęborku. W roku 1983 w stopniu porucznika MO przeszedł na emeryturę, gdzie mógł realizować swoją pasję w dziedzinie pszczelarstwa. Za swoje czyny i osiągnięcia w pracy został też odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi oraz wieloma odznaczeniami resortowymi. Jego postawa jest godna naśladowania i upamiętnienia.Zmarł w 2004 roku

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tytuł: Kolekcja Ireneusza Dzianacha
Liczebność zbioru: 21
Okres: nieustalony
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Ireneusz Dzianach
Rodzaj: Obraz, Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

ul.Gdańskaul.Kazimierza WielkiegoNowy Świat, ławeczka na dworcu, w tle ulica Skarżyńskiegow tle ulica Polewskiego ob.MostnikaPrzy rzece Łebie, w tle zabudowania rzeźniul.PolewskiegoKoniec ulicy Majewskiego koło straży pożarnej, z widokiem na Polewskiegoulica PolewskiegoŁączka przy ulicy SkarżyńskiegoW parku ChrobregoPrzy moście kolejowym w stronę PolewskiegoW tym miejscu jest obecnie kładka dla pieszychW tle piekarnia nr 5 na PolewskiegoZe stacji Nowy Świat w stronę ulicy SkarżyńskiegoKoniec ulicy Majewskiego,w tle ulica Pionierów

W parku ChrobregoPrzy moscie kolejowym. W tle ulice Majewskiego i Polewskiego. Obecnie tu jest stacja transformatorowaW tle za rzeką rzeźnia.ul.Skarzyńskiegoul.Skarżyńskiego

 

 
Tytuł: Kolekcja Norberta Szyszło
Liczebność zbioru: 99
Autor: Stowarzyszenie 102
Sygnatura w OSA: PL_1065_006
Link OSA: https://osa.archiwa.org/zbiory/PL_1065_006
Okres: 1945-1950
Twórca: Zbigniew Bednarski
Rodzaj: Obraz, Tekst
Umieszczone w OSA: TAK

Tytuł: Kolekcja Ryszarda Kowalczyka
Liczebność zbioru: 6
Okres: nieustalony
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Ryszard Kowalczyk
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

zdjęcia czekają na opisy.

 
kolekcja Krystyny Gosz – Ludzie
Tytuł: Lęborscy rzemieślnicy - zegarmistrzowie
Liczebność zbioru: 3
Okres: 1961-1970
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Krystyna Gosz
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Tytuł: Lęborscy rzemieślnicy - szewcy
Liczebność zbioru: 1
Sygnatura w OSA: PL_1065_ 011
Okres: 1951-1960
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Andrzej Moskal
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: TAK

 
 
Tytuł: Wspomnienia z Malczewskiego
Liczebność zbioru: 1
Autor: Zbigniew Jasiński
Okres: 1951 70
Miejsce zdarzenia: Lębork
Rodzaj: Tekst
Umieszczone w OSA: NIE

                                                                                                       

 

                                                                                                                      Wspomnienia lęborskie.

 

 

                          Urodziłem się kilka dni przed zakończeniem 1951 r. . Dwa miesiące wcześniej umarła moja babka ze strony matki. Ze zdjęcia jakie zachowało się w domu, widać przy trumnie matkę w zaawansowanej ciąży. Dziadkowie ze strony ojca zmarli lub zginęli przed zakończeniem wojny. Moi rodzice  spotkali się w Lęborku rok wcześniej. Mama pochodziła ze wsi powiatu augustowskiego, ojciec z Pustelnika pod Warszawą. Oboje po przejściach wojennych. Urodzili się w roku 1932 i kiedy można było rozpocząć edukację w szkole powszechnej jak się ją wówczas nazywało, rozpoczęła się wojna. Pierwszy działaniami wojny został dotknięty ojciec, matkę działania dotknęły również jak do Polski weszły wojska sowieckie.

                       Moje dzieciństwo w Lęborku to kilka miejsc, z których jako pierwsze pamiętam adres Malczewskiego 24. Wcześniej mieszkaliśmy na Wandy Wasilewskiej, Orlińskiego, Malczewskiego 22 w oficynie. Warunki mieszkaniowe były fatalne. Mieszkanie składało się z kuchni do której wchodziło się z korytarza wyposażonej w zlew żeliwny z zimną wodą, kuchnię węglową z piekarnikiem. Z kuchni przechodziło się do pokoju w którym później mieszkałem z rodzeństwem. Z tego pokoju przechodziło się do kolejnego w którym mieszkali rodzice, a w roku 1963 z naszą kolejną siostrą.

                     Jestem najstarszym dzieckiem moich rodziców. W dalszej kolejności na świat przyszła siostra Danuta (1953), Grażyna (1955), Bogdan (1956) i jako ostatnie dziecko siostra Jolanta (1963). W dwupiętrowym budynku na Malczewskiego 24 mieszkało w sumie 11 rodzin. Pamiętam, że były to rodziny Milkiewiczów, Grądziel, Aporius, Wojda, Jackowscy. W podwórku była jeszcze oficyna zamieszkała przez kilka rodzin. Na podwórko wjeżdżało się bramą która sąsiadowała z naszym mieszkaniem. Mieszkanie było ogrzewane piecami węglowymi. Było zimne, bowiem tylko nad sufitem mieliśmy sąsiadów, pozostałe ściany były ścianami zewnętrznymi co w sumie dawało chłód. Ciepło było w zasadzie tylko kiedy siedziało się w okolicy pieca w którym były gorące kafle. Do mieszkania należała jeszcze komórka, która znajdowała się w podwórku, oraz składzik w piwnicy pod budynkiem. W mieszkaniu nie było żadnych wygód. Ogrzewanie dwoma piecami kaflowymi. Nie było ciepłej wody, a WC znajdowało się na korytarzu pół pietra poniżej mieszkania. WC było nieogrzewane, więc korzystanie z niego zimą było dosyć utrudnione. Pamiętam, że codzienna toaleta odbywała się w kuchni w warunkach dosyć prymitywnych, które raczej trudno można sobie dzisiaj wyobrazić. Pamiętam, że wówczas kiedy rozpocząłem naukę w szkole podstawowej w soboty zacząłem chodzić do łaźni miejskiej. Łaźnia znajdowała się w piwnicy budynku przy moście nad rzeką Łebą. W łaźni były obie możliwości skorzystania z kąpieli, wyposażona była bowiem w kabiny z wanną oraz natryskiem.

                   Mama z tego co pamiętam nie miała żadnego wykształcenia, więc pracowała jako pracownik fizyczny w cegielni. Wcześniej po moich urodzinach w beczkarni w miejscu dzisiejszego Lidla i Kauflandu w okolicach dworca kolejowego również na stanowisku robotniczym. Miasto po wojnie zostało przywrócone do Polski. Wśród ludności wiele osób to repatrianci z kresów oraz wschodnich ziem polskich. Mimo iż Niemcy opuścili miasto i nie bronili go, to wojska sowieckie, które toczyły ciężkie walki o zdobycie Gdańska, Wejherowa urządziły sobie ćwiczenia strzelnicze. Na miasto wystrzelano wiele pocisków artyleryjskich, które w całości zniszczyły budynki znajdujące się wokół rynku. Zniszczono również osiedle kolejarskich domków w okolicach cmentarza. Zniszczono i spalono w całości urządzenia infrastrukturę istniejącego basenu pływackiego. W późniejszych latach kiedy rozpocząłem naukę w szkole, dowiedziałem się, że szkołą ogólnokształcąca koło szpitala została ogołocona z klamek mosiężnych. Rosyjscy sołdaci wkraczający do miasta uznali bowiem, że Niemcy nawet klamki w drzwiach i oknach mieli złote.

                    Od kiedy pamiętam mój ojciec był na rencie i pracował dorywczo. Chłopem w naszym domu była matka, która prowadziła dom i zajmowała się opieką i wychowaniem dzieci. Ja zacząłem uczęszczać do przedszkola w wieku 4 lat. Wcześniej byłem pod opieką niepracującego ojca. Moje przedszkole było w budynku narożnym po stronie budynków okołokościelnych, sąsiadowało z budynkiem parafii kościoła pod wezwaniem NMP. Pozostałe rodzeństwo było w żłobkach lub przedszkolu. Młodsza siostra i brat chodzili do żłobka przy placu Kopernika. Siostra Danuta natomiast do przedszkola koło cegielni w okolicach szkoły podstawowej nr.3. Jak na warunki lęborskie obiekty rozrzucone były w promieniu nie większym niż 2 km. Wówczas w Lęborku nie było komunikacji miejskiej. Transport odbywał się per pedes, czyli na piechotę.

                               Na zakończenie przedszkola, zostałem wyfasowany w tornister z przyborami szkolnymi. Tornister jak pamiętam był z tektury pomalowanej brązową farbą i polakierowany. Piórnik drewniany a kilkoma kredkami oraz gumką do wycierania. Naukę w szkole podstawowej rozpocząłem w szkole nr. 6. W drugiej klasie przeniesiono mnie do szkoły numer 4, z krótkim epizodem w szkole nr. 3. Jednak szkołę podstawową ukończyłem w 4 rce. Zakończenie szkoły podstawowej wiąże się z epizodem związanym z moim imieniem. Do tej pory wszystkie świadectwa łącznie z tym kończącym 7 klasę, wówczas nauka w szkołach podstawowych kończyła się w 7 klasie, ja jestem ostatnim rocznikiem, później było już 8 klas. Więc czasami śmiejemy się, że mam wykształcenie wyższe z niepełnym podstawowym bo tylko 7 klas. Wracając do epizodu, składając dokumenty do szkoły średniej zobowiązani byliśmy do dostarczenia wypisu z aktu urodzenia. Poszedłem więc do UC w Lęborku po stosowny dokument. Podałem datę urodzenia, imiona rodziców, swoje imię i zostałem odesłany do domu bez metryki. Przekazałem mamie informację jaka mnie dotknęła, po czym mama poinformowała mnie, że ojciec mógł dać mi na imię Euzebiusz. Poszedłem ponownie do UC i okazało się, że nie jestem Zbyszek jak informują wszystkie posiadane świadectwa, lecz Euzebiusz.

                           Okres szkoły podstawowej to sporo wspomnień. Niektóre wesołe, inne smutne. Moja rodzina nie należała do elit społecznych miasta. Więc nie można było liczyć na wyrozumiałe traktowanie, nauczycieli, wychowawców lub innych uczniów o wyższym statusie. O swoje prawa i równość społeczną trzeba było walczyć. Dotyczyło to stopni za odpowiedzi. Miałem odwagę wykłócać się z nauczycielami o właściwe oceny za odpowiedzi, sprawdziany, klasówki. Nie tylko w swoim imieniu. Pamiętam, że dzieci z wyższym statusem były traktowane znacznie lepiej niż pozostałe. Trudno było również z tymi dzieciakami nawiązać bliższe stosunki. Nosiły nosy równie wysoko jak ich rodzice. Lębork w czasach kiedy ja uczęszczałem do szkoły podstawowej, miał ich cztery, nie liczę szkoły nr. 3 która traktowana była jako szkołą specjalistyczna. Podział uwzględniał raczej kierunki geograficzne miasta. Jako, że szkoła nr 6. nie posiadała sali gimnastycznej, korzystała z sali szkoły nr 4. Podobnie dotyczyło to również boiska do piłki ręcznej i infrastruktury lekkoatletycznej.

                      W mieście znajdowały się dwie świetne szkoły średnie. Dwa piękne obiekty, właściwie zespoły szkolne. Jednym z nich w czasie kiedy mieszkałem w Lęborku, było Liceum Pedagogiczne, które posiadało zespół kilku budynków edukacyjnych, wielką aulę w której odbywały się zawody sportowe. W szkole była również sala z boiskiem do siatkówki i koszykówki. Przy tej szkole był również stadion sportowy z bieżnią, skoczniami, boiskiem do piłki ręcznej. Na boiskach w tym zespole szkół trenowała młodzież z Lęborka, ale również sportowcy regionu gdańskiego. W czasie rozmów z kolegą z pracy, dowiedziałem się, że on kiedy biegał na średnich dystansach i trenował w Gdańsku, w czasie wakacji przyjeżdżał do Lęborka aby trenować formę. Druga szkołą to Ogólniak koło szpitala, z którego boiska korzystała  drużyna piłkarska Pogoni Lębork.  Po awansie do 3 ligi, wybudowano boisko sportowe pod lasem w pobliżu jednostki wojskowej przy ulicy Sportowej.

W trakcie nauki w szkole podstawowej młodzież mogła trenować sport w sekcji SKS. Uprawiano lekkoatletykę oraz dyscypliny zespołowe, z dużym naciskiem na piłkę ręczną i siatkówkę. Piłka nożna to już była domena Pogoni. Nauczycielem wychowania fizycznego był wspaniały człowiek p. Gajewski.

Sekcja sportowa SKS to nie tylko zajęcia sportowe, lecz również obowiązki. Uczniowie należący do sekcji SKS musieli uczestniczyć w wielu wydarzeniach miasta jakie się wówczas odbywały. A to uroczystości 1-go maja, a to inne święta państwowe, uroczystości szkolne. Tradycją były wówczas parady, przemarsze przez miasto. Do naszych koszulek sportowych przyczepiane były wówczas czerwone okrągłe emblematy z wyhaftowanym napisem SKS. Z pewnością dla wielu z nas była to duma. Były również takie momenty kiedy musieliśmy w tych koszulkach uczestniczyć nawet wówczas kiedy było bardzo zimno. No cóż, ówczesne władze planowały wszystko, pogody jednak nie potrafiły. Ze stratą dla mnie i moich kolegów, którzy trzęśliśmy się z zimna.

Zabawy dzieci odbywały się w zasadzie na podwórkach lub na pobliskich łąkach. Większość z nich to bieganie, skakanie przez rowy i płoty. O prawdziwej piłce można było wówczas pomarzyć. Biegaliśmy za obręczą koła roweru z którego usuwano szprychy. Wyginano z drutu metalowy pałąk i biegano po podwórkach, czasami między tyczkami. Kolejnym wydarzeniem były zabawy z puszkami z karbidem, było głośno. Czasami niebezpiecznie. Znane nam były również zabawy z kluczem który wypełniało się draską zapałek i uderzało o ścianę. Rozsypywanie magnezji i podpalanie pod drzwiami do których wcześniej pukało się do mieszkania sąsiadów. Jeździliśmy na łyżwach po rowach na łąkach, łyżwy były przypinane na motylki do butów. Były sanki, czasami gdzieś w piwnicach znalazło się poniemieckie narty z wiązaniami kandahara, które raczej były przeznaczone do biegania.

Latem po zajęciach szkolnych były zajęcia na łąkach i podwórkach. Czasami udało się wejść na ogródek jordanowski na sąsiedniej ulicy, ale tam rządzili starsi koledzy, którzy pilnowali aby gówniarze im nie przeszkadzali. Miasto raczej nie dbało o zabezpieczenie czasu wolnego dzieci i młodzieży. Pamiętam, że w roku 1958 wybudowano na sąsiedniej działce obok naszego domu budynek, który miał pełnić rolę obiektu kulturalno oświatowego. Przez jakiś czas był nawet opiekun. Sala była dosyć duża, były w niej stoliki z krzesłami, można było odrabiać lekcje, cos tam rysować, malować. Żadnej rewelacji nie było, pomieszczenie ogrzewane piecem węglowym.

Latem czas wolny to łąki, czasami ogrody gdzie były drzewa owocowe. Nie ukrywam, że czasami wpadliśmy na pomysł zdobycia owoców do jedzenia. Wyprawialiśmy się wówczas na ogrody działkowe mieszkańców, a nawet do sióstr zakonnych, które miały piękny ogród z dużą ilością drzew owocowych. Czasami do p. Gniedziejki, który uprawiał warzywa i owoce. Z uwagi na warunki jakie mieliśmy w domach, były wyprawy po jagody i grzyby do lasu. Wyprawy po jagody to również kilometry spacerów oraz dźwiganie urobku. Jeżeli któreś z dzieci miało rower, to miało dużą przewagę nad pozostałymi. Zdecydowana większość dzieci chodziła pieszo. Ja pierwszy rower dostałem od ojca w drugiej klasie szkoły podstawowej. Kupił go ojciec za gotówkę, wcześniej bowiem sprzedał jakąś działkę.

Wypoczynek letni, wakacje to raczej walka o jedzenie, zbieranie jagód. Karmienie zwierząt. Mieliśmy bowiem króliki, a nawet mama chowała w komórce świnię. Dla której trzeba było przywieźć karmę w postaci odpadków z kuchni w szkole czy z restauracji. Rower który kupił mi ojciec świetnie się do tego nadawał, bowiem nie miał bym siły udźwignąć 20 litrowej bańki. Stawiając na pedale mogłem ją dowieźć do domu. Zabicie świni w miejscowej rzeźni było wydarzeniem oraz okazją do uczty. Mama przerabiała pozyskane mięso i przez kilka miesięcy mieliśmy co jeść. Podobnie było z królikami, dla których trzeba było zdobywać pokarm.

Wakacje wyjazdowe. Skłamałbym gdybym powiedział, że ich nie było. Pierwsza moja podróż to wyprawa z mamy bratem pod Augustów do dziadka, pojechaliśmy pociągiem. Miałem wówczas 5 lat. W drugiej klasie szkoły podstawowej pojechałem na kolonie letnie do Ustrzyk Dolnych. Później w piątej klasie byłem na obozie harcerskim w Stilo, ale z uwagi na niewłaściwe sprawowanie skrócono mi pobyt. Pamiętam, że w ramach tego obozu harcerskiego zrobiona nam raczej obóz pracy. Bowiem co tylko wpadło do roboty w trakcie obozu, wzywano harcerzy. Nosiliśmy worki z kartoflami, marchewką, inne produkty. Obieraliśmy również te produkty. Kilka razy dziennie chodziliśmy na stołówkę i do pracy. W nocy robiono nam alarmy. Rozumiem, że wychowawcy mieli ubaw, chcieli się rozerwać, integrować, ale nie kosztem dzieci. Okazało się, że uwaga, że nie jesteśmy w obozie pracy przymusowej spowodowała natychmiastową konieczność odbioru mnie przez rodziców do domu. Więcej już takich przyjemności nie miałem. Pozostałe wakacje spędzałem w pracy. 

Oczywiście jak większość dzieci mieliśmy również inne obowiązki. Opieka młodszym rodzeństwem to podstawa. Większość dzieci nie chciała się opiekować młodszym rodzeństwem, ograniczało to bowiem ich czas wolny, a także powodowało dużą odpowiedzialność. Następnie kuchnie i piece węglowe. Przyniesienie drewna na rozpałkę, wcześniej rozdrobnienie. Przyniesienie węgla lub brykietów do palenia. Wyniesienie popiołu. Przy domu był ogród warzywny i drzewa owocowe. Ale wiązało się to również z koniecznością uprawy. Kopanie grządek, pielenie, podlewanie, a w końcu zbieranie plonów. My mieliśmy jeszcze dodatkowy ogródek w pobliżu domu brata mamy. Więc na brak pracy nie narzekaliśmy. Ale cóż, w tym czasie nie było telefonów komórkowych, laptopów, gier komputerowych. Większą część czasu spędzaliśmy na podwórkach. Do domu wracaliśmy kiedy było ciemno.

Zabawy podrostków to wspomnienia równie nieciekawe co niebezpieczne. Były petardy, łuki, strzały z procy, strzały z klucza, strzały z puszek wypełnionych karbidem. Zbieranie granatów i niewybuchów w lasach, wejście na strzelnicę wojskową w celu zdobycia nabojów pistoletowych czy karabinowych. Ogólnie rzecz biorąc chodziliśmy w bardzo niebezpieczne miejsca. Wojna w Indian i strzelanie z łuku skończyło się przykrym wypadkiem jednego z kolegów, który został postrzelony z łuku w oko. Skaleczenia, rozerwanie ciała po przejściu płotów, ogrodzeń s drutu kolczastego to sprawy codzienne. Nikt się tym nie przejmował, nikt nie był szczepiony przeciw tężcowi.

W okresie letnim w zasadzie większą część wolnego czasu spędzaliśmy nad wodą, której w okolicy nie brakowało. Ato rowy na łąkach, a to stawy na terenie cegielni po wybranej glinie, rzeka Łeba oraz jezioro Lubowidz. Na plaże do Łeby to była wyprawa i nie każdego było stać. W tamtym czasie wejście na plaże było płatne. Pływaliśmy więc w tych zbiornikach wodnych znajdujących się niedaleko domu, czasami udało się na jakimś kajaku. Przed wojną w Lęborku był piękny basen z trampolinami z drewna jesionowego. Ale po wojnie rozkradli go Rosjanie i mieszkańcy, którzy co mogli to przepuścili przez piece w celu ogrzania mieszkań. Basen był śmietnikiem miejskim, do którego okoliczni mieszkańcy wrzucali zbędne przedmioty, niepotrzebne wyposażenie domu. Próba kąpieli kończyła się śmiercią lub kalectwem.

 Zbyszek  Jasiński

 

Kolekcja Lecha Mroczkowskiego
Tytuł: Niezwykły pan Mroczkowski
Liczebność zbioru: 41
Sygnatura w OSA: PL_1065_005
Link OSA: https://osa.archiwa.org/zbiory/PL_1065_005
Okres: 1951-1960
Twórca: Lech Mroczkowski; Tadeusz Mroczkowski
Miejsce zdarzenia: Lębork Zakopane
Ofiarodawca: Lech Mroczkowski
Rodzaj: Obraz, Tekst, Video
Umieszczone w OSA: TAK

                                                                         

 

                Wywiad z synem p.Mroczkowskiego - Lechem znajduje się tutaj:    Kliknij

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tytuł: Pan Jesyp - nauczyciel, o którym chcemy wiedzieć więcej
Liczebność zbioru: 5
Okres: 1945- 1965
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Małgorzata Miotk - Cieśla
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Tytuł: Parowozownia II klasy
Liczebność zbioru: 7
Autor: nieznany
Okres: 1951-1960
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Wiesław Budkowski (WB)
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Rok..... Panowie od lewej: Jankowski- ślusarz, Budkowski - spawaczRok......Od lewej panowie: Jankowski, Szczypior, Budkowski, Wożniak (WB) Rok..........Od lewej : Włodzimierz Budkowski, p.Szczypior.Mieczysław Dziuk, Bolesław Wożniak   (WB)Rok............... Panowie Budkowski ( spawacz) i p.Szczypior Rok ..................Od prawej panowie :Michalski, Budkowski, Jankowski.ok.1960, pochód pierwszomajowy, oddział kolejarzy w galowych mundurach. Pracownicy parowozowni i warsztatu.Pracownicy parowozowni na kursie spawaczy

 

 

 

 

 
 
 
 
 
Tytuł: Podwórko - Polewskiego
Liczebność zbioru: 3
Okres: 1971-1980
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Irena Boniaszczuk
Miejsce wytworzenia: Lębork
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Rok 1954. Dzieci z podwórka na Polewskiego 13 ( obecnie Mostnika) od lewej: Wiesia, Irenka i Adaś Boniaszczuk oraz Wandzia Berczak 1977 - Małgosia i Magda1982 - podwórkowa rodzina: Asia, Małgosia, Sonia Małgosia, Magda. Ola

 

 
 
 
Tytuł: Podwórka - dzieci z 1 Maja
Liczebność zbioru: 10
Autor: Zygfryd Klimek
Okres: 1971-1980
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Zygfryd Klimek
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

 
Tytuł: Podwórko - dzieci z ulicy I Armii WP ( tartak)
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1961-1970
Twórca: nieznany
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Brygida Markowiak
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Tytuł: Podwórka : Majewskiego 9
Liczebność zbioru: 1
Okres: 1963
Miejsce zdarzenia: Lębork
Ofiarodawca: Jolanta Czapiewska
Rodzaj: Obraz
Umieszczone w OSA: NIE

Rok 1963, Dorosłe osoby to Irena I Aleksander Dzieciniakowie. Dzieci siedzące na płocie to Piotr Studziński i Zdzisiek Kaliński, niżej Jola Wojtczuk,obok niej Tadzik Szlenk, Ewa Studzińska  Danka Jóskowska,nizej Olek Dzieciniak, mały chłopczyk - Jarek Studziński.Chłopiec stojacy z boku po lewej - Mietek Dzieciniak. Zdjęcie zrobione w przeddzień komunii Ewy Studzińskiej i Tadzika Szlenka.

Podkategorie